logo archiwum

Autor Stefan Szczepłek
Tytuł Handlowano mną jak workiem kartofli
Podtytuł Z Markiem Citką, byłym reprezentantem Polski w piłce nożnej rozmawia Stefan Szczepłek
Data wydania 2003.02.04
Dział gazeta/Sport
Artykuł w ROL Handlowano mną jak workiem kartofli


Z Markiem Citką, byłym reprezentantem Polski w piłce nożnej rozmawia Stefan Szczepłek

Handlowano mną jak workiem kartofli

(c) JAKUB OSTAŁOWSKI

Marek Citko - ur. 27 marca 1974 roku w Białymstoku. Napastnik Włókniarza Białystok (1983), Jagiellonii Białystok (1984 - 1995), Widzewa Łódź (1995 - 2000), Legii Warszawa (2000 - 2001), Dyskobolii Groclin Grodzisk Wielkopolski (2001), Hapoelu Beer Sheva, Izrael (2001 - 2002), Legii (2002), FC Aarau (2003). 10-krotny reprezentant Polski, zdobywca dwóch goli, w meczach przeciw Anglii i Brazylii (1996 - 1997). Dwukrotny mistrz Polski (1996 - 1997, z Widzewem). Najlepszy sportowiec Polski 1996 roku w plebiscycie organizowanym przez TVP.

Rz: Był pan najlepszym sportowcem Polski. Upłynęło zaledwie sześć lat i z bohatera stał się pan jednym z wielu talentów, o których mówi się, że zostały zmarnowane. Zgadza się pan z tym?

MAREK CITKO: Gdyby patrzeć tylko pod względem dokonań - tak. Ale zawsze są jakieś przyczyny, na które nie ma się wpływu. W moim przypadku była to przede wszystkim kontuzja i splot nieszczęśliwych okoliczności, związanych z leczeniem. Miałem problemy ze ścięgnem Achillesa i poszedłem do lekarza klubowego Widzewa. Lekarze w polskich klubach na ogół boją się trenerów i dlatego leczą zapobiegawczo. Tak, żeby zawodnik na najbliższym meczu nie czuł bólu. Usłyszałem też, że oszczędzać mogę się w kadrze, a w kadrze mówili mi, żebym się oszczędzał w klubie. W meczu ligowym ścięgno Achillesa strzeliło mi tak głośno, że pół stadionu w Zabrzu usłyszało. Wtedy już trzeba było coś z tym zrobić, bo stopa wisiała mi bezwładnie. Operację przeprowadzono w szpitalu wojskowym w Łodzi. Robili to lekarze bez większego doświadczenia. Na zakończenie włożono mi nogę w gips na dwa miesiące. Przedstawiciel firmy Nike, która wówczas się mną interesowała, Andrzej Kulikowski, wysłał mnie na konsultacje do Finlandii. Kiedy zobaczyli mnie w gipsie, złapali się za głowy. Ich zdaniem operację wykonano na poziomie medycyny lat sześćdziesiątych, a był rok 1997. Okazało się, że przez sześć tygodni niepotrzebnie nosiłem gips. Po jego zdjęciu przestraszyłem się, że nie mam mięśni. Wróciłem do Polski już ze specjalnym rusztowaniem i butem ortopedycznym na nodze, ale wkrótce trzeba było operację powtórzyć, bo okazało się, że wszystko zostało źle zszyte. Na szczęście trafiłem do doktora Roberta Śmigielskiego w Warszawie. Operacja trwała siedem godzin. Naprawił wszystko po kolegach, ale straciłem kilka miesięcy. I od tej pory zaczęły się moje problemy.

Kontrakt z Aarau

Marek Citko podpisze jutro kontrakt ze szwajcarskim klubem I ligi - FC Aarau. Po dwóch dniach testów Polak zostanie piłkarzem Aarau do końca sezonu. Jego partnerem będzie między innymi były reprezentant Polski - Dariusz Skrzypczak.

Jak w tej sytuacji zachował się pański ówczesny klub - Widzew?

Klub nie wiedział, gdzie jestem i co robię. Pomógł mi dr Jerzy Wielkoszyński, jeździłem z nim do Spały. Wszystko, wydatki na leczenie pokrywałem z własnej kieszeni. Widzew się tym nie interesował. Trochę się do nich zraziłem i byłem już bliski przejścia do Wisły. Ostatecznie, kiedy podpisywałem nowy kontrakt z Widzewem, prezes Pawelec wszystko mi zwrócił.

Jesień 1996 zmieniła pańskie życie...

Byłem rozpoznawalny w całej Polsce. Dzwoniły do mnie miesięczniki, dzienniki. Stałem się osobą publiczną, musiałem uważać, co mówię i robię. Kiedy przyszedłem do Widzewa, byłem już ukształtowanym zawodnikiem i człowiekiem, chociaż opuściłem dom, mając 21 lat. Wcześniej grałem w reprezentacji juniorów, ale piłkę traktowałem jako zabawę. Codziennie spędzałem czas na dyskotekach i w kasynach, gdzie na automatach grałem w pokera, przepuszczając wszystko, co zarobiłem. Nie piłem do 18. roku życia nawet piwa czy szampana, żeby nie robić przykrości rodzicom. A wychowywali nas w bardzo katolickim duchu. Nigdy nie paliłem. Niewyspany chodziłem na treningi i mecze. Raz grałem lepiej, raz gorzej. Miałem już takie długi, że musiałem sprzedać malucha, którego kupili mi rodzice. A w domu nie było bogato. Rodzice ciężko pracowali na państwowych posadach. Mama w sklepie, tata musiał wyjechać na 3 - 4 lata do USA. Wszystko dla dzieci, a ja to przepuszczałem. Było nas pięcioro - czterech braci i siostra. Zacząłem się zastanawiać, co ze mnie wyrośnie. Trafiłem na mądrą książkę o życiu, która otworzyła mi oczy. Zacząłem uczestniczyć w modlitewnych spotkaniach młodzieży, związanej z ruchem oazowym w Białymstoku. Punktem kulminacyjnym były rekolekcje, które całkowicie mnie odmieniły. Dzięki temu byłem przygotowany na sukces, woda sodowa nie uderzyła mi do głowy. Miałem taki luz, że w II lidze potrafiłem wziąć piłkę, przebiec z nią przez całe boisko, mijając po drodze kilku przeciwników i bramkarza. A ponieważ kopnięcie do pustej bramki było zbyt proste, poczekałem, aż bramkarz wstanie i minąłem go jeszcze raz. Jak w Brazylii. Widział to trener Smuda, nic więc dziwnego, że znalazłem się w Widzewie.

Wygrał pan plebiscyt telewizji na najpopularniejszego sportowca roku 1996, pokonał mistrzów olimpijskich - Roberta Korzeniowskiego, Renatę Mauer, Mateusza Kusznierewicza, Pawła Nastulę i był zszokowany...

No pewnie, przecież oni osiągnęli więcej. Przygotowywali się do olimpiady, pracowali na to latami, a ja strzeliłem dwie bramki i to w dwóch przegranych meczach, z Anglią na Wembley i z Atletico Madryt w Łodzi. Ale w tym tkwi siła futbolu, pod względem popularności dyscypliny nieporównywalnej z żadną inną. Poza tym w kontaktach z ludźmi zawsze byłem miły i nie musiałem przed nikim udawać, że taki jestem. To na pewno też zjednało mi sympatię. Często po meczu stałem dwie godziny, rozdając autografy. Przez kilka miesięcy przychodziło do mnie codziennie po kilkadziesiąt listów. Z klubu odbierałem dosłownie całe worki korespondencji. Mieszkałem w Łodzi sam, więc do trzeciej w nocy odpowiadałem na każdy list. Kupowałem na poczcie koperty, znaczki, prosiłem tylko panie w Widzewie, żeby je naklejały, bo już nie dawałem rady. Ludzie zwracali się do mnie z rozmaitymi problemami. Jakąś dziewczynę odwodziłem od zamiaru popełnienia samobójstwa, inni pytali mnie, jak zerwać z nałogiem. Zamówiłem swoje zdjęcia, bo nie robił ich klub ani reprezentacja, a każdy o nie prosił. Nie odmawiałem nikomu, kto zapraszał mnie do szkół czy domów dziecka. Szybko sobie uświadomiłem, że jestem tym ludziom potrzebny.

Był pan pierwszym piłkarzem, który podpisał indywidualny kontrakt reklamowy ze znaną firmą sprzętu sportowego - Nike. Jak do tego doszło?

W kontakcie z firmą pośredniczył redaktor Tomasz Zimoch z Polskiego Radia. Umowę podpisałem w styczniu 1997 roku, już po sukcesach na boisku i w różnych plebiscytach. Jak na polskie warunki umowa była bardzo korzystna. Ubrałem siebie i rodzinę, otrzymywałem przyzwoite pieniądze. Firma zachowała się bardzo ładnie, bo kiedy leczyłem kontuzję i przez kilka miesięcy nie grałem, nie tylko o mnie nie zapomniała, ale płaciła pełną stawkę, chociaż kontrakt jej do tego nie zobowiązywał. Do dziś mamy dżentelmeńską umowę, mimo że na zupełnie innych warunkach. Chodzę i gram w ich sprzęcie.

Potem Widzew zaczął się rozpadać...

Tak i nikt się piłkarzami nie przejmował. Zalegano nam z wypłatami, nie płacono za wynajęte mieszkania, mieliśmy już tego dość. Poza tym doszły mnie słuchy, że nie wierzono już we mnie. Byłem już w tym czasie po ślubie. Żona mieszkała w Sulejówku, Legia walczyła o mistrzostwo Polski. Miałem motywację, żeby przenieść się do Warszawy.

Widzew wziął za pana pieniądze?

Tak, ale nawet nie wiem ile, bo szliśmy razem z Tomkiem Łapińskim, w pakiecie. Ale chyba kosztowałem 16 miliardów na stare pieniądze. Po prawie dwóch latach przerwy w grze przez następne dwa sezony dochodziłem do normalnej dyspozycji. A potrzebowałem jeszcze jednego roku. Sam nie wiedziałem, że to będzie trwało tak długo. Początek w Legii miałem bardzo dobry. Strzelałem bramki, miałem asysty. Ale potem wszyscy graliśmy słabiej, a przyjście trenera Okuki sprawiło, że już prawie przestałem wychodzić w pierwszej jedenastce. Uznał widocznie, że jestem słaby. A przecież trudno dochodzić do formy, kiedy jest się rezerwowym. Gdyby mi dał pięć, dziesięć minut, ja przekonałbym jego, kibiców i dziennikarzy, że powinienem grać na stałe. Ale nie dał.

Dlaczego?

Okuka nie lubi indywidualistów, bo woli cały splendor brać na siebie. Z nikim nie dyskutował i nikogo nie słuchał. Jest dyktatorem, bo to pozwala pokryć wszelkie braki. Cała jego filozofia to tak przygotować Legię pod względem fizycznym, żeby zabiegała każdego przeciwnika. Dla niego wyniki badań są ważniejsze od umiejętności piłkarskich. Zawodnik ma walczyć i tak pilnować przeciwnika, żeby ten nie strzelił bramki.

Dlaczego Legia panu nie pomogła?

Tragedią Legii jest to, że nie ma tam nikogo, kto zna się na piłce. Myślę o ludziach na górze. Nie o prezesie, który daje pieniądze, ale o prawdziwych menedżerach, którzy obserwują treningi, rozliczają trenera i piłkarzy, bo wiedza i doświadczenie im na to pozwalają. Taki menedżer widzi, czy trener jest dobry, czy zły.

Ale Okuka zdobył tytuł mistrza Polski.

To prawda. Wynik go broni. Ale co potem osiągnęła Legia? To jest trener na podwórko. Kiedy wyjechałem z Legii do Izraela i przez pięć miesięcy mogłem grać co tydzień, od razu odzyskałem formę. Od czasu Widzewa nie grało mi się tak dobrze. Wróciłem do Legii i pytam trenera, czy mam szansę. Tak, jak najbardziej. Po czym trafiłem na ławkę, a potem mogłem grać już tylko w drugiej drużynie. Ostatecznie usłyszałem od prezesa Trylnika, że nie pasuję trenerowi do koncepcji i mogę odejść.

Jak to było z transferem do Blackburn? Dlaczego ostatecznie pozostał pan w Polsce?

Propozycja z Blackburn była konkretna, chociaż nie widziałem jej na papierze. Ale po reakcji moich szefów w Widzewie miałem prawo sądzić, że musiała być poważna, ponieważ buzie im się śmiały na samą myśl, ile mogą zarobić.

A ile mogli?

Nie wiem, ale mnie wyceniano na 3 - 4 miliony funtów, czyli około 7 milionów dolarów. Liczyli na duży zysk. Nie była to jedyna propozycja. O ile wiem, zgłaszały się inne angielskie kluby. Dzwonił też do mnie Marek Koźmiński z informacją o konkretnej ofercie Interu Mediolan. Mnie jednak skutecznie odcinano od tych informacji, żebym przypadkiem sam nie podejmował jakichkolwiek decyzji. A klub, czyli Andrzej Pawelec i Andrzej Grajewski, stawiał cenę zaporową. Chcieli mnie sprzedać tam, gdzie im się będzie najbardziej opłacało, a nie mnie. A ja do Blackburn nie chciałem iść.

Dlaczego?

Uważałem, że to klub słabszy od Widzewa. Dlaczego miałbym zmieniać na gorsze? Tylko dlatego żeby zarobić? Mnie chodziło o rozwój sportowy. Reprezentacja walczyła z Włochami, chciałem być bliżej kadry, a po wyjeździe do Anglii sytuacja na pewno by się pogorszyła. Blackburn bronił się przed spadkiem. Shearer już tam wtedy nie grał. Miałbym być napastnikiem, który ma utrzymać w lidze drużynę, grającej defensywnie. To nie miało sensu. Kiedy napastnik może się pokazać? Kiedy drużyna atakuje, a nie kiedy się broni. Od czasu do czasu kopnęliby piłkę do przodu, przegrałbym z tymi osiłkami na stoperach dwie główki i od razu by napisano, że się nie nadaję.

Nie miał pan swojego menedżera?

Do Blackburn wyjechał ze mną pan Pawelec, ale nie dopuszczał mnie do żadnych rozmów. Anglikom nie bardzo się to podobało, doszło więc do tego, że pojechałem tam po raz drugi, aby im osobiście powiedzieć, że nie interesuje mnie przejście. Nie wierzyli w to, tym bardziej że sam zarobiłbym ileś milionów funtów, miałbym samochód, dom itp. Znaleziono nawet polskiego księdza, który podjął się opieki nade mną. Byłem przecież jeszcze kawalerem, miałem 22 lata. Z kolei kiedy po meczu w Madrycie z Atletico podszedł do mnie wysłannik Interu, pan Grajewski natychmiast zabrał go na bok. Handlowano mną jak workiem kartofli i ostatecznie zostałem w Polsce.

Ile pan kosztuje? Powiedzmy, że jestem właścicielem klubu i chcę pana kupić.

Nic nie kosztuję, bo mam kartę w ręku. Muszę tylko wynegocjować pobory miesięczne. Ile pan by chciał na mnie wydać?

No, powiedzmy 10 tysięcy euro. Wystarczy?

Możemy porozmawiać. Tylko widzi pan, mój problem nie polega na tym za ile, tylko gdzie. Pójdę nawet za mniejsze pieniądze, byle tylko grać. I to nie za daleko, żeby o mnie nie zapomniano. To znaczy, żeby nie zapomniał o mnie trener reprezentacji, bo nie tracę nadziei, że wrócę do kadry. To jest mój cel.

Jeśli poza krajem, to najchętniej tam, gdzie jest ciepło. Żeby jak najwięcej grać. Bo tak naprawdę u nas na normalnych boiskach gra się niecałe trzy miesiące wiosną. Kiedy człowiek już wejdzie w rytm, zaczyna się przerwa letnia, znowu trzy miesiące i deszczowy listopad. Po pięciu latach gry w naszym kraju organizm jest tak wyniszczony, jak w cieplejszym klimacie, na Zachodzie, po piętnastu. Ja się nie poddaję. Skoro Bóg dał mi talent, muszę go wykorzystać i nie załamywać się byle czym. -