logo archiwum

Autor Leszek Kraskowski
Tytuł Complex Andrzeja Pawelca
Data wydania 1999.03.13
Dział gazeta/Kraj


BIZNES

Czy prokurator postawi zarzuty wiceprezesowi PZPN

Complex Andrzeja Pawelca

LESZEK KRASKOWSKI

Fikcyjne umowy, przelewy z fikcyjnego konta bankowego i transakcje z nie istniejącą firmą, w wyniku których skarb państwa stracił 7, 5 mln złotych, to najważniejsze ustalenia kontroli skarbowej zakończonej w lutym w Przedsiębiorstwie Zagranicznym Complex.

"Rzeczpospolita" zdobyła dokumenty z kontroli. Firmą zarządzał Andrzej Pawelec, obecny wiceprezes PZPN i prezes Widzewa Łódź. Na jednej z lipnych umów widnieje jego podpis. Śledztwo prowadzi łódzka prokuratura. - Jeżeli "Rzeczpospolita" napisze o tej sprawie, spotkamy się w sądzie - ostrzega Andrzej Pawelec.

-- Pawelec kupił butelkę cinzano i postawił na stole. Powiedział, że zna projektanta, który opracuje podobną etykietę, ma umówioną drukarnię i producenta korków. Według Pawelca byli oni o wiele tańsi od Niemców i Włochów. W głosowaniu wybraliśmy nazwę Cin Cin, którą zaproponował Pawelec. Ja byłem przeciw -- tak według Ryszarda Szylhabela, w łaściciela Przedsiębiorstwa Zagranicznego Complex, przebiegały narodziny najważniejszego produktu firmy: w ermutów Cin Cin.

Complex był pierwszą prywatną wytwórnią wina w Polsce i jednocześnie ostatnim przedsiębiorstwem, które dostało zezwolenie na działalność na zasadach firmy polonijnej. Wino "Cin Cin", którego etykieta do złudzenia przypominała etykietę cinzano, na początku lat dziewięćdziesiątych zdobyło sporą część rynku, jednak jego pierwszy producent -- PZ Complex -- był firmą zupełnie nieznaną. Szarą eminencją był również właściciel Compleksu Ryszard Szylhabel, który nigdy nie udzielał wywiadów prasie. Przez trzy lata firmą faktycznie kierował Andrzej Pawelec.

Firma polonijna

Produkcję wina rozpoczęto w grudniu 1990 roku. W marcu 1991 roku "Dziennik Łódzki" napisał, że Pawelec jest właścicielem Przedsiębiorstwa Zagranicznego Complex oraz firmy Cin-Cin, zatrudnia 230 osób, jeździ bmw i dwoma mercedesami. Następnego dnia ukazało się sprostowanie. Pawelec wyjaśniał, że jest dyrektorem generalnym, a nie właścicielem Compleksu. Różnica była istotna. Complex zarejestrowano w marcu 1990 r. na Ryszarda Szylhabela, mającego obywatelstwo polskie i niemieckie. Ówczesne przepisy podatkowe były bardzo korzystne dla firm polonijnych -- zwalniano je przez trzy lata z obowiązku płacenia podatku dochodowego, pod warunkiem zainwestowania jednej trzeciej zysku.

Faktycznie od 28 października 1990 r. współwłaścicieli Compleksu było czterech. Ryszard Szylhabel i jego syn Adam mieli 50 procent udziałów; Andrzej Pawelec i Stanisław Paszyński -- po 25 procent. Pawelec i młody Szylhabel chodzili do jednego liceum.

-- Znałem rodziców Pawelca -- opowiada Ryszard Szylhabel. -- W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych prowadziliśmy podobne zakłady. Firma w Chociszewie koło Ozorkowa należała do Pawelca seniora. Pięć lat po jego śmierci Andrzej Pawelec zaproponował mi, żeby na bazie Chociszewa prowadzić firmę polonijną produkującą buty. Ja chciałem otworzyć tam wytwórnię wina. Pawelec wahał się. No bo kto w 1989 roku produkował w Polsce wino? To były czasy "afery alkoholowej". Niemieckie wytwórnie pracowały 24 godziny na dobę, aby sprostać potrzebom polskiego rynku.

Wygadasz się, wszystko tracisz

28 października 1990 roku przyszli wspólnicy spotkali się w Berlinie i podpisali "umowę o wspólnym prowadzeniu działalności gospodarczej". Każdy miał wnieść do Compleksu tytułem wkładu kapitałowego 150 tysięcy marek, co odpowiadało 25 proc. udziałów. Zyski miały być dzielone co kwartał; wspólnicy mieli też pokrywać ewentualne straty firmy. W paragrafie 19 umowy napisano: "Strony zobowiązują się wzajemnie do zachowania treści niniejszej umowy w dyskrecji". Wspólnik nielojalny, który przez gadulstwo spowodowałby utratę przez Complex ulg podatkowych, tracił zainwestowane pieniądze i był zobowiązany do pokrycia strat.

Z zapisów umowy wynika, że wspólnicy zdawali sobie doskonale sprawę, iż "cicha spółka" łamie prawo, zmierza do obejścia przepisów podatkowych, a jej ewentualne ujawnienie grozi likwidacją całego interesu. -- To jest jeden z nielicznych przypadków, gdy spisano tego typu umowę -- mówi prokurator Marek Kujawski. -- Z reguły takie porozumienia zawierane są ustnie. Za firmanctwo, czyli prowadzenie interesów przez podstawioną firmę zwolnioną z podatków, grozi grzywna do 250 tysięcy złotych.

Przy podpisywaniu umowy byli obecni dwaj a dwokaci: Marek Mikołajczyk i Grzegorz Łoboda, późniejszy wiceprzewodniczący Rady Miejskiej w Łodzi.

-- Gdyby w procesie karnym wykazano, że ta umowa w oczywisty sposób prowadziła do naruszenia prawa lub jego obejścia i przygotował ją adwokat, byłaby podstawa do wszczęcia postępowania dyscyplinarnego przeciwko temu adwokatowi -- mówi rzecznik dyscyplinarny Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie, mecenas Krzysztof Komorowski.

Etykieta z cinzano, napis z martini

W październiku 1990 roku w Chociszewie k. Ozorkowa (woj. łódzkie) zainstalowano używaną linię technologiczną z Niemiec. Receptury dostarczył Niemiec Georg Schütter.

Zgodnie z przepisami obowiązującymi firmy polonijne Ryszard Szylhabel nie mógł zarządzać firmą osobiście -- musiał ustanowić w Polsce pełnomocnika. Pierwszym pełnomocnikiem właściciela w Compleksie został w 1990 roku Ryszard Wójcicki; w tym czasie Andrzej Pawelec był dyrektorem generalnym firmy. W maju 1991 roku obaj panowie zamienili się stanowiskami.

-- Etykiety zaprojektowane według pomysłu Pawelca zobaczyłem tuż przed rozpoczęciem produkcji -- mówi Ryszard Szylhabel. -- Dostałem furii. Skopiowano je z cinzano. Były na nich nawet medale z targów, które otrzymało cinzano. Tylko napis Rosso był wzięty z martini. Pawelec nie widział w tym problemu. Mówił, że wszyscy kopiują dżinsy. Mogliśmy wykorzystać etykiety Schüttera, ale nie spodobały się one Pawelcowi i Paszyńskiemu.

Wspólnicy planowali, że zysk na butelce wyniesie 50 fenigów. Tymczasem okazało się, że zyski są oszałamiające: wynoszą 1, 7 marki na butelce. W 1991 r. Complex zarobił 91 mld starych złotych!

Podobieństwa, czyli identyfikator

8 stycznia 1991 roku Andrzej Pawelec w tajemnicy przed wspólnikami zarejestrował nową firmę: PPH Cin-Cin z siedzibą w Chociszewie. W marcu 1991 roku spółka Pawelca zwróciła się do Urzędu Patentowego z wnioskiem o zarejestrowanie znaku firmowego Cin-Cin.

Wiosną 1992 roku do Polski przyjechał hrabia Francesco Marone Cinzano, honorowy prezes włoskiej firmy, aby zaprotestować przeciwko łamaniu prawa przez Complex i Cin-Cin. Włosi twierdzili, że skopiowano niebiesko-czerwone poprzeczne logo Cinzano. Nakrętki, kolorystyka, układ liter na etykiecie przypominały opakowania włoskich wermutów, natomiast nazwa Cin Cin była prawnie zarejestrowaną już w latach sześćdziesiątych marką firmy Cinzano. Andrzej Pawelec bronił się, przedstawiając w sądzie ekspertyzę plastyka, który znalazł aż osiem elementów różniących etykiety polskie od włoskich i stwierdził, że "podobieństwa stanowią swoisty identyfikator handlowy, jaki cechuje większość wermutów będących na polskim rynku". Proces stał się głośny.

Sprawa zakończyła się 22 grudnia 1992 roku ugodą. Cin-Cin przyznało, że naruszyło prawa Cinzano chronione ustawą o znakach towarowych i ustawą o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. W ciągu 60 dni nazwa Cin-Cin miała zostać usunięta z produktów, reklam iznaków towarowych i zastąpiona nazwą Cin&Cin. Włosi mieli otrzymać odszkodowanie od Compleksu i Cin-Cin. Kwotę objęto tajemnicą.

-- Wszystkie koszty poniósł Complex -- twierdzi Ryszard Szylhabel. -- Było to ponad 5 miliardów starych złotych. Kwotę tę zaksięgowano jako nadzwyczajne straty Compleksu, choć 2/ 3 kosztów miały pokryć firmy Pawelca.

Bez honoru i ambicji

Właściciele Compleksu szybko zaczęli się kłócić. Już w marcu 1991 roku Stanisław Paszyński wysłał list do wspólników, w którym oświadczył, że wycofuje się z firmy i żąda podziału zysków. Zagroził jednocześnie, że w razie niespełnienia żądań wystawi swoje udziały na publiczną sprzedaż: "Jeżeli nie znajdę publicznych nabywców, zgodnie z moim prawem własności zwrócę się do odpowiednich instytucji państwowych o podział firmy w celu odzyskania mojej części". Wspólnicy wpadli w popłoch. Działania Paszyńskiego mogły doprowadzić do wykrycia przez Urząd Kontroli Skarbowej cichej spółki i doprowadzenia do ruiny świetnie prosperującego interesu.

-- W maju 1991 r. za zgodą wspólników umowa berlińska została rozwiązana, zaś jej oryginalne egzemplarze zniszczone -- mówi Ryszard Szylhabel. -- Od tego czasu Pawelec nie mógł się uważać za współwłaściciela Compleksu. Był tylko moim pełnomocnikiem.

W marcu 1992 roku Paszyński, który zainwestował najwięcej pieniędzy w Complex, domagał się przekształcenia firmy w jawną spółkę joint venture, ale został zignorowany. "Panowie Schilhabelowie, jesteście odpowiedzialni za to, że poznaliście mnie z A. Pawelcem, (. .. ). Traktuję was jako pospolitych cwaniaków, którzy chcieli mnie oszukać" -- pisał w kolejnym liscie.

"Fax, który Pan przesłał, jest jednym wielkim oszczerstwem -- odpisał reprezentujący Pawelca adwokat Grzegorz Łoboda. -- Jest Pan pozbawiony honoru i ambicji. [. .. ] Nie istnieją między Panami żadne umowy i zobowiązania. Oświadczam Panu, że Pan Pawelec nie spełni żadnego z Pana żądań, ponieważ są one bezpodstawne i wręcz chorobliwe".

Paragraf 16 zbioru zasad etyki adwokackiej mówi, że w korespondencji zawodowej należy przestrzegać właściwych form. Nie wolno używać wyrażeń czy zwrotów obraźliwych. Grozi to wszczęciem postępowania dyscyplinarnego wobec adwokata.

Uprawdopodobnione przestępstwa

Paszyński ostrzegał, że zawiadomi "niezwłocznie Prokuraturę Wojewódzką oraz Izbę Skarbową w Łodzi o pospolitych złodziejstwach". Nigdy jednak nie spełnił swoich gróźb. Prokuraturę powiadomił dopiero w 1995 roku Ryszard Szylhabel (w grudniu 1994 r. Szylhabel napisał o nadużyciach do Izby Skarbowej i UKS) . Jego zdaniem Complex był dojną krową dla Cin-Cin Pawelca, który -- dysponując szerokimi pełnomocnictwami -- przepisywał maszyny z jednej firmy do drugiej, prowadził działalność konkurencyjną i przywłaszczał sobie pieniądze z kasy Compleksu -- łącznie 6 milionów marek. Przy okazji wyszło na jaw, że fałszowano nakłady inwestycyjne, tak aby Complex mógł zachować zwolnienie od podatku dochodowego.

Już w październiku 1996 roku prokurator Adam Kozłowski stwierdził, że "w toku śledztwa w wysokim stopniu zostały uprawdopodobnione przestępstwa przeciwko dokumentom, przestępstwa karne-skarbowe prowadzenia działalności gospodarczej pod cudzą firmą oraz -- związany z przestępstwami przeciwko dokumentom -- nielegalny transfer wartości dewizowych za granicę". We wrześniu 1997 roku biegły sądowy Gracjan Olczak potwierdził, że kilka umów Compleksu z firmami zagranicznymi zostało sfabrykowanych. Do podobnych wniosków doszedł w lutym 1999 roku Urząd Kontroli Skarbowej w Łodzi (kontrolę przeprowadzono na prośbę Szylhabela) . Inspektor Danuta Szmit stwierdziła, że w Compleksie tworzono fikcyjne dokumenty, aby udowodnić wydatkowanie jednej trzeciej zysku na inwestycje. Dzięki nim w latach 1990 -- 1993 firma zaoszczędziła 7, 5 miliona złotych z tytułu nie zapłaconego podatku dochodowego (nie licząc karnych odsetek, które dziś byłyby wyższe od tej kwoty) . Co ciekawe, w roku 1994 kontrola skarbowa nie stwierdziła w Compleksie poważniejszych nieprawidłowości.

Dwieście segregatorów

Zdaniem prokuratury popełniono przestępstwo, nadal jednak nie można jednoznacznie wykazać, kto je popełnił. W ciągu trzech lat nie przesłuchano Andrzeja Pawelca, co może sugerować, że prokurator wolałby widzieć go w charakterze podejrzanego, a nie świadka. Zgromadzono już 200 segregatorów dokumentów, zawierających 86 tysięcy kart. Wciąż brakuje jednak materiału dowodowego z zagranicy, który umożliwiłby postawienie zarzutów.

-- W 1996 roku zwróciliśmy się o pomoc prawną do prokuratury w Berlinie, do władz Irlandii, księstwa Liechtenstein oraz organów wymiaru sprawiedliwości Szwajcarii i Wielkiej Brytanii -- mówi prokurator Marek Kujawski. -- Nieszczęśliwie się złożyło, że zasadnicze czynności dla sprawy muszą być przeprowadzone za granicą, i to w krajach, które nie mają zwyczaju szybko odpowiadać. Jedynie z niemiecką prokuraturą współpraca układa się bardzo dobrze. Ostatnio Szwajcarzy odpowiedzieli, że czynności są w toku.

Zdaniem mecenasa Andrzeja Kerna, byłego wicemarszałka Sejmu, reprezentującego Ryszarda Szylhabela, prokuratura popełniła błędy przy redagowaniu odezw o pomoc prawną.

-- Szwajcarzy odmawiają udzielania pomocy w sprawach podatkowych -- mówi Andrzej Kern. -- W tym wypadku chodzi jednak również o przestępstwa kryminalne i to trzeba było wyjaśnić. Odezwę do Liechtensteinu redagowano po raz drugi, gdyż władze tego kraju odpowiedziały odmownie.

Fikcyjna firma, fikcyjne konto

"Rzeczpospolita" zdobyła kserokopie dokumentów Compleksu zakwestionowanych przez Urząd Kontroli Skarbowej w Łodzi. Na umowie między Compleksem a Alco International z Liechtensteinu zawartej w grudniu 1990 roku widnieje podpis Andrzeja Pawelca. Umowa, wartości 720 tysięcy dolarów, dotyczyła zakupu 10 licencji na wytwarzanie koktajli alkoholowych. Pawelec, przesłuchiwany w charakterze świadka w łódzkim Urzędzie Kontroli Skarbowej, przyznał, że umowę taką podpisał. Sęk w tym, że w dniu podpisywania kontraktu spółka z Liechtensteinu nie istniała. Powstała 11 miesięcy później, co potwierdza wyciąg z rejestru handlowego.

Wątpliwości jest więcej. 360 tysięcy dolarów dla Alco International przelano rzekomo dopiero 25 stycznia 1993 roku. Z dokumentów, które znajdują się w Compleksie, wynika, że przelewu dokonano z konta Ryszarda Szylhabela w Otto Schuermann Bank. Tymczasem bank ten zapewnia, że nie prowadził dla Szylhabela konta, a w związku z tym o żadnym przelewie nie mogło być mowy.

-- Nigdy nie zlecałem żadnemu bankowi przelania na konto Alco International 360 tysięcy dolarów -- zapewnia Ryszard Szylhabel. -- To jest fikcyjny kontrakt, gdyż Complex dysponował w tym czasie recepturami Georga Schüttera i i nnych nie potrzebował.

W dokumentacji Compleksu znajdują się dwie faktury wystawione przez Alco: jedna opiewa na 360 tysięcy dolarów, druga na 340 tysięcy dolarów. Obie mają ten sam numer (! ), ale różnią się układem graficznym. Ponadto w Compleksie nie ma śladu po licencji ani dokumentacji technicznotechnologicznej dotyczącej produkcji alkoholi według receptur Alco International. Wszystko to prowadzi do wniosku, że licencja była fikcyjna. Posłużyła do odpisów podatkowych i wyjęcia z kasy firmy 360 tysięcy dolarów.

Kto wziął te pieniądze? Szylhabel twierdzi, że Pawelec, a Pawelec, że Szylhabel.

-- W księgowości firmy brakuje 415 dokumentów dotyczących wypłat z konta właściciela - mówi Szylhabel.

Andrzej Pawelec nie potrafił odpowiedzieć na pytania inspektora kontroli skarbowej o tajemniczy kontrakt z Alco. Mówił, że nie wie, gdzie znajduje się licencja, nie wie, kto zaakceptował wypłatę 360 tysięcy dolarów z konta właściciela ani skąd wziął się w firmie przelew z Otto Schuermann Bank. "Jestem zdziwiony, dlaczego po tylu latach wracamy do sprawy" -- powiedział Pawelec.

Kup pan mercedesa

Dokumentów wzbudzających podejrzenia, że zostały sfałszowane, jest w Compleksie więcej. Należą do nich faktury wystawione przez londyńską firmę Taper Ltd. na kwotę 303 tysięcy dolarów za usługi licencyjne związane z produkcją wina gronowego. Fikcyjna jest -- zdaniem Urzędu Kontroli Skarbowej w Łodzi -- transakcja zakupu licencji na oprogramowanie sieci komputerowej Novell w firmie Soft-Tronik z Berlina. Kupiono licencję bez oprogramowania. "Firma Soft-Tronik nie potwierdziła wystawienia takiej faktury oraz nie miała nigdy prawa do rozprowadzania produktów firmy Novell" -- stwierdziła inspektor Danuta Szmit.

Oprócz tworzenia fikcyjnych dokumentów szefowie Compleksu mieli jeszcze inny sposób na wyprowadzenie w pole fiskusa. Te same środki trwałe kupowano dwa razy i dwukrotnie zaliczano do nakładów inwestycyjnych objętych ulgą. Na przykład mercedes 600 został sprzedany przez Complex Ismatowi Koussanowi (były współwłaściciel Widzewa; wspólnik Pawelca w firmie Standard International Corporation produkującej alkohol w puszkach) , następnie odkupiony i ponownie sprzedany spółce Pawelca i Koussana. W umowach zamiany między Compleksem a Cin-Cin obracano tymi samymi zbiornikami na wino.

Protokół kontroli skarbowej podkreśla, że "rozchód środków trwałych odbywał się wyłącznie w ściśle określonym kierunku do osób i firm powiązanych z p. Andrzejem Pawelcem, a w szczególności do PPH Cin-Cin oraz Standard International Corporation".

Milczeć!

-- Jeżeli "Rzeczpospolita" napisze cokolwiek o tej sprawie, spotkamy się w sądzie -- ostrzega w rozmowie telefonicznej Andrzej Pawelec.

Po długich naleganiach z naszej strony Pawelec zgodził się na spotkanie w dawnym łódzkim biurze handlowym Cin-Cin. Na spotkanie jednak nie przyszedł. Zamiast Pawelca w biurze pojawił się Mirosław Czesny, prezes zarządu A&KPawelec Holding.

-- Wynik postępowania Urzędu Kontroli Skarbowej nie jest ostateczny -- mówi Mirosław Czesny. -- Czekamy na uprawomocnienie się decyzji UKS. Do tego momentu temat objęty jest tajemnicą skarbową i wyniki kontroli nie mogą być upubliczniane. Pan Pawelec wystąpił do sądu w Berlinie przeciwko Ryszardowi Szylhabelowi o ochronę dóbr osobistych. Czekamy na rozpoczęcie procesu. Dopóki sąd nie wyda prawomocnego wyroku, nalegamy, aby w "Rzeczpospolitej" nie ukazywały się o tym jakiekolwiek informacje.

-- Nie dostałem żadnego pozwu -- twierdzi Ryszard Szylhabel.

-- Pan Szylhabel nie odbiera korespondencji -- tłumaczy Mirosław Czesny.

Z prośbą o wyjaśnienie sprawy fałszywych dokumentów zwróciliśmy się do byłej głównej księgowej Compleksu Stanisławy Małaczyńskiej. Nie chciała nawet podejść do telefonu. "Mama w tej sprawie nie ma nic do powiedzenia" -- oświadczyła jej córka. Rozmowy odmówił również mec. Grzegorz Łoboda, zasłaniając się tajemnicą adwokacką. Były cichy udziałowiec Compleksu Stanisław Paszyński jest nieuchwytny. Ustaliliśmy, że prowadzi firmę Texass Ranch Company w Koszewku (woj. zachodniopomorskie) . "Pan Paszyński bywa u nas bardzo rzadko i bardzo krótko -- oświadczono nam w biurze firmy Texass. -- Nie mamy z nim żadnego kontaktu".

Przedawnienie

Firma Complex znajduje się w stanie śmierci klinicznej. W kwietniu 1997 roku wojewoda łódzki cofnął pozwolenie na prowadzenie działalności gospodarczej. Na placu w Chociszewie rdzewieją zaplombowane ciężarówki z napisem Cin&Cin należące do Compleksu. Andrzej Pawelec zapowiadał wejście Cin&Cin na giełdę, ale w ubiegłym roku sprzedał znak handlowy firmy. W Chociszewie działa obecnie A&KPawelec Holding produkujący wina musujące, wermuty i nalewki. Firma stara się ułożyć z wierzycielami.

Urząd Kontroli Skarbowej domaga się od Ryszarda Szylhabela ponad 7, 5 miliona złotych. Szylhabel odmawia zapłaty argumentując, że to nie on fałszował dokumenty. Decyzje UKS są nieprawomocne. Zgodnie z art. 48 ustawy o zobowiązaniach podatkowych urząd może ścigać również dawnych cichych udziałowców Compleksu. Praktycznie nie będzie to jednak możliwe, gdyż wcześniej sąd prawomocnym wyrokiem musiałby orzec, że Complex był cichą spółką. Do tego czasu zobowiązania podatkowe zdążą się przedawnić.

Wiceprezes PZPN, prezes i współwłaściciel Widzewa Łódź, prezes Klubu Kapitału Łódzkiego. Od 1992 roku tygodnik "Wprost" umieszcza go w czołówce listy 100 najbogatszych Polaków -- w ubiegłym roku Pawelec był na 13 miejscu. Według poznańskiego tygodnika w firmach, których Pawelec jest właścicielem lub współwłaścicielem, pracuje ponad 600 osób.

Działalność w biznesie rozpoczął jeszcze w szkole średniej. W latach 70. pomagał ojcu prowadzić zakład powlekania tkanin i produkcji sztucznego zamszu, który później przejął. W listopadzie 1983 r. został aresztowany, a w czerwcu 1985 r. skazany na 3 lata pozbawienia wolności za przemyt sztruksu i teksasu oraz wręczanie łapówek celnikowi. Jednym z obrońców Pawelca był mecenas Grzegorz Łoboda.

W 1990 r. Andrzej Pawelec został cichym udziałowcem Przedsiębiorstwa Zagranicznego "Complex" (umowa berlińska z 28. 10. 1990 r. ), w którym był początkowo dyrektorem generalnym, a w latach 1991 -- 1994 pełnomocnikiem właściciela. W 1991 r. założył spółkę Cin-Cin (zdobyła 7 proc. polskiego rynku winiarskiego) i zainwestował w pierwszoligowy klub piłkarski Widzew Łódź. W latach 1987 -- 1993 zajmował się produkcją obuwia w spółce Pallas. W 1995 r. uruchomił, wspólnie z Libańczykiem Ismatem Koussanem, wytwórnię alkoholi pod Moskwą. Uhonorowany tytułem biznesmena roku przez Kapitułę Polskiego Klubu Biznesu w 1993 r.

Pawelec ma duży dom w Łodzi i zabytkową luksusową willę "Ustronie" w podwarszawskim Konstancinie. Na 40. urodziny Pawelca latem ubiegłego roku przyleciała do Konstancina z Londynu Edyta Górniak, aby zaśpiewać jubilatowi "Happy birthday" i wręczyć mu kwiaty. Na gigantycznej, rzęsiście oświetlonej scenie występował Perfect oraz Rezerwat i Norbi, a Wojciech Gąssowski zastanawiał się głośno po co jechać do Opola, skoro u Pawelca jest lepsza estrada i lepsi wykonawcy. Dyskotekę prowadził Marek Sierocki. Na urodzinach u Pawelca bawili się m. in. Leszek Miller, ówczesny prezydent Łodzi Marek Czekalski (UW) i były wojewoda łódzki Andrzej Pęczak (SLD) .

Andrzej Pawelec jest żonaty. Ma dwóch synów.

l. k.