logo archiwum

Autor Krzysztof Guzowski
Tytuł Włączyć odkurzacz
Podtytuł Klub w stanie permanentnej upadłości
Data wydania 1999.10.21
Dział gazeta/Sport


WIDZEW ŁÓDŹ

Klub w stanie permanentnej upadłości

Włączyć odkurzacz

2 listopada w Sądzie Rejonowym w Łodzi ma się odbyć trzecia rozprawa dotycząca wniosku o ogłoszenie upadłości Widzewa Łódź. Sprawę wniósł były piłkarz tego klubu Sławomir Chałaśkiewicz, któremu Widzew nie zapłacił 85 tysięcy złotych za grę w 1997 roku. Pełnomocnicy klubu złożyli wniosek o otwarcie postępowania układowego z wierzycielami, ale żeby sąd się na to zgodził, Widzew musi wykazać, że dysponuje odpowiednimi środkami finansowymi. Będzie to trudne.

Na koniec 1997 roku oficjalne długi klubu wynosiły 7 mln 691 tys. złotych. Składały się na to zaległości wobec ZUS i pracowników Widzewa oraz nie zapłacone rachunki za prąd, wodę i telefony. Do tego trzeba było doliczyć pieniądze na kontrakty dla zawodników - około miliona złotych oraz inne zobowiązania (w tym spłatę pożyczki u największego udziałowca spółki Andrzeja Grajewskiego) w wysokości około 5 milionów złotych. Razem - prawie 14 milionów złotych.

Po 21 miesiącach stan finansowy Widzewa jest jeszcze bardziej przerażający. Oficjalne długi urosły prawie dwukrotnie - do ok. 14 mln złotych. Z danych przedstawionych w sądzie przez klub wynika, że jego najwięksi wierzyciele to pracownicy (w tym piłkarze i trenerzy), którym spółka jest winna 6 mln zł, oraz skarb państwa (3 mln zł). Po dodaniu do tych 14 mln dług wobec Grajewskiego suma rośnie do prawie 20 mln złotych. Tymczasem majątek spółki Widzew S.S.A. wynosi maksymalnie 12 mln złotych. Składa się na niego jeden komputer i prawa do sprzedaży zawodników.

Biorąc pod uwagę piłkarskie realia, 20 mln złotych to nie są pieniądze, które wywołują zawał serca. Gdyby w odpowiednim czasie Widzew sprzedał za granicę Marka Citkę, Tomasza Łapińskiego, Radosława Michalskiego i Mirosława Szymkowiaka, pewnie tyle by zarobił. Wartość tych piłkarzy jednak dramatycznie zmalała i nie ma większych szans, żeby za któregoś z nich dostać więcej niż 1 milion marek, czyli ok. 2,1 mln złotych. Przy dużym szczęściu za taką sumę można teraz sprzedać Artura Wichniarka lub Macieja Terleckiego. To, co powiedzieli w sądzie pełnomocnicy Widzewa, że klub chciałby otworzyć postępowanie układowe z wierzycielami, brzmi więc dość śmiesznie, nawet gdyby każdy z wierzycieli zrezygnował z połowy roszczeń. Mecenas Grzegorz Łoboda mówił przed sądem, że spółka jest wypłacalna, a kłopoty finansowe są przejściowe. Zapomniał dodać, że stan przejściowy trwa od co najmniej czterech lat. "Albo płacimy Chałaśkiewiczowi, albo jedziemy na mecz Pucharu UEFA do Rygi" - tak mówił Łoboda dziennikarzom na korytarzu sądowym. Diabelska alternatywa.

Sytuację Widzewa, a raczej zarządu klubu i prezesa Andrzeja Pawelca, pogarsza fakt, że prawie wszystko należy do Andrzeja Grajewskiego, największego udziałowca spółki. Grajewski posiada w niej obecnie 60 procent udziałów. W wyniku dawnych rozliczeń z klubem i Pawelcem firma Grajewskiego, JAG, ma wyłączne prawa do sprzedaży praw telewizyjnych, zawierania kontraktów reklamowych i sprzedaży zawodników na odrębnie określonych zasadach. Grajewski jest gotów pozbyć się wszystkich praw do Widzewa, jeśli otrzyma 8,2 mln marek. Jak Widzew może go spłacić, skoro rękę na kasie trzyma Grajewski albo komornik, którego wyznaczył sąd w związku ze sprawą Chałaśkiewicza?

Andrzej Grajewski mówi, że nie da upaść Widzewowi. Aby, jak to określa, "włączyć odkurzacz i wyczyścić, co trzeba", musi pozbyć się Pawelca. Do 30 września prezes Pawelec miał wyznaczyć termin zebrania wszystkich wspólników. Nie uczynił tego. Do wczoraj, na żądanie Grajewskiego, jako większościowego udziałowca, miał zwołać zebranie nadzwyczajne. Też tego nie zrobił, ponieważ Grajewski niechybnie doprowadziłby do zmiany rady nadzorczej i zarządu spółki. Wczoraj doszło do ostrej rozmowy Pawelca z Grajewskim. Ten ostatni zagroził, że jeśli do końca tygodnia nie otrzyma pieniędzy, sam wystąpi do Sądu Rejestrowego o wyznaczenie daty zebrania wspólników. A co się stanie, jeśli Pawelec ulegnie? "Wtedy wystarczy jeden telefon do Chałaśkiewicza, żeby wycofał sprawę z sądu o postępowanie upadłościowe" - powiedział "Rz" Grajewski.

Kolejną rozprawę wyznaczono na 2 listopada, ale tego dnia nikt z Widzewa prawdopodobnie nie przyjdzie do sądu, bo wszyscy wyjadą na rewanżowy mecz z AS Monaco w Pucharze UEFA. Postępowanie może się więc przeciągnąć, a to byłoby na rękę Pawelcowi. Inni byli pracownicy klubu też skarżą Widzew o zaległe pieniądze. Pawelcowi udało się jednak porozumieć z Andrzejem Pyrdołem i Markiem Dziubą, którzy otrzymali część należności i przyrzeczenie, że następne raty to nie utopia.

Grajewskiemu zależy na tym, żeby pozbyć się z klubu Pawelca, ponieważ wciąż aktualna jest propozycja od firmy UFA, która chciałaby wejść na dłuższy okres do Widzewa i zainwestować w niego sporo pieniędzy. Jest jeden warunek - wszystkie brudy muszą być wyczyszczone. Grajewski jest już z UFA po słowie i wie, że gdyby centrala tej firmy z Hamburga zapaliła zielone światło, otrzymałby zwrot pieniędzy, które w Widzew zainwestował.

Piłkarze coraz głośniej domagają się wypłacenia zaległości z tytułu kontraktów. Jeden z nich dzwonił nawet do UFA z pytaniem, czy firma przeleje na konto Widzewa pieniądze z tytułu sprzedaży praw do transmisji z meczu z AS Monaco. Otrzymał potwierdzenie. Grajewski powiedział "Rz", że choć to on ma wyłączne prawa do sprzedaży praw telewizyjnych, zgodził się, by UFA, jako pośrednik, wpłaciła 450 tysięcy marek (za mecze z Fiorentiną i Monaco) na konto klubu, na poczet przyszłej umowy z tą firmą.

Sytuacja w Widzewie jest dramatyczna, ale tak zagmatwana, że konia z rzędem temu, kto dojdzie całej prawdy o tym klubie.

Krzysztof Guzowski