logo archiwum

Autor Krzysztof Guzowski
Tytuł Najpierw praca, potem płaca
Data wydania 1997.11.10
Dział gazeta/Gazeta


MECZ LIDEROW

ŁKS-Ptak Łódź -- Widzew Łódź 2:3

Najpierw praca, potem płaca

KRZYSZTOF GUZOWSKI

z łodzi

Widzew wygrał w derby Łodzi z ŁKS na jego boisku 3:2 i pozostał liderem. Decydującego gola trzy minuty przed końcem zdobył Andrzej Kobylański strzałem z rzutu karnego. Gracze ŁKS byli załamani. Połowa drużyny przez pięć minut po ostatnim gwizdku siedziała na boisku i nie mogła uwierzyć wporażkę.

Zaczęło się od przemarszu kibiców Widzewa. Cztery tysiące szalikowców spotkało się na własnym stadionie i przeszło, tamując ruch, głównymi ulicami miasta na stadion ŁKS. Towarzyszyło im ok. 500 policjantów. Incydentów nie było. Kibice ŁKS nie wyszli im naprzeciw, tylko zebrali się od razu na stadionie. Podczas meczu też było spokojnie. Obie grupy, otoczone policjantami i rozdzielone pustymi sektorami, przekrzykiwały się nawzajem, obrzucały brudnymi wyrazami, ale na polskich boiskach to normalne. W odwodzie czekała brygada antyterrorystyczna.

Trener Franciszek Smuda zaskoczył wszystkich, wystawiając tylko jednego napastnika, Zająca. Widzew czekał na ŁKS na swojej połowie i wyraźnie czaił się na kontry, ale gospodarze wcale nie zamierzali atakować wszystkimi siłami. Może dlatego, że nie mógł w tym meczu zagrać zawieszony za żółte kartki ich najlepszy obrońca, Tomasz Kłos, co oznaczało brak poczucia bezpieczeństwa w tyłach. Tylko raz przemożna chęć strzelenia gola Widzewowi wygrała z rozumem. W 23. minucie na połowie ŁKS zostali jedynie Bendkowski oraz Treściński. Widzew wyszedł zkontrą, rajd prawą stroną przeprowadził Gęsior, Zając robił dużo szumu przed polem karnym, ale podanie otrzymał Curtian. Bramkarz Wyparło, noszący na koszuli napis "Bodzio W. " nie mógł nic zrobić, bo Mołdawianin strzelił bardzo dokładnie z pierwszej piłki.

Ustalenia taktyczne poszły w zapomnienie. ŁKS nacierał wszystkimi siłami i dość łatwo przedostawał się w pobliże Onyszki. Sam na sam zbramkarzem był Saganowski, potem bramkarz pofrunął po wolnym Krysiaka. W 34. minucie nawet Onyszko nie pomógł. Po rożnym Niżnika i po dość przypadkowym przedłużeniu podania głową wzdłuż pola karnego prezent otrzymał Trzeciak, zdążył wykonać ruch głową i w ten sposób ŁKS wyrównał. Król strzelców z ubiegłego sezonu (23 mecze -- 18 goli) trafił w tym sezonie po raz pierwszy.

Drugi gol dla ŁKS też był jego zasługą. Trzeciak dość łatwo radzi sobie z ligowymi obrońcami, gdy ma dużo miejsca i zachodzi potrzeba minięcia tylko jednego z nich. Piłkarze nazywają takie akcje "wbijaniem w ziemię". Naprzeciwko stał Gęsior, Trzeciak wykonał z piłką kółeczko, a gdy obrócił się o 360 stopni, okazało się, że obrońca gdzieś się zgubił. Trzeciak dośrodkował, wprost na głowę Saganowskiego, i było 2:1 dla ŁKS.

"Wygraliśmy dlatego, że zawsze gramy do końca" -- powiedział po meczu Smuda. W 77. minucie Siadaczka dośrodkował na pole karne, głową odbił piłkę Michalski, a Szymkowiak zakończył akcję strzałem z 9 metrów. "Bodzio W. " był w pobliżu lotu piłki, ale nie zareagował odpowiednio szybko. Mecz rozstrzygnął się trzy minuty przed końcem. W pole karne wbiegł Michalski, za nim podążał Cebula. Michalski padł i sędzia podyktował karnego. Cebula zarzekał się, że nawet nie dotknął przeciwnika, a Ryszard Polak, trener ŁKS, powiedział: "Tak dobre mecze, toczone o tak dużą stawkę, nie mogą się kończyć rzutami karnymi, podyktowanymi za faule, których w ogóle nie widać. Skoro nawet na powtórkach telewizyjnych, w zwolnionym tempie, nie widać, czy był faul, czy nie, jak można podejmować takie decyzje? "

Smudę pytano, jak to się dzieje, że Widzew, w którym są coraz większe kłopoty z pieniędzmi (prezesi zalegają z wypłatami od lipca, nie było też premii za zdobycie mistrzostwa Polski) , wciąż gra, jak gra. Trener odpowiedział, że najpierw musi być praca, a potem płaca i wyraził nadzieję, że pieniądze kiedyś się zjawią. Umówił się z piłkarzami, że znów zdobędą mistrzostwo Polski i żadne kłody rzucane pod nogi z tej drogi ich nie sprowadzą. Na stadionie nie było żadnego z trzech prezesów Widzewa. Andrzej Grajewski, główny odpowiedzialny za finanse, przebywa w Niemczech, a Andrzej Pawelec i Ismat Koussan, jak wieść trybunowa niosła, pojechali do Disneylandu, tego pod Paryżem.