logo archiwum

Autor Krzysztof Guzowski
Tytuł "Piłkarski Rów Mariański" mecze polskiej ligii
Data wydania 1997.08.07
Dział
Artykuł w ROL "Piłkarski Rów Mariański" mecze polskiej ligii


O TYM SIĘ MÓWI

Piłkarski Rów Mariański

Dziewiątego sierpnia ligowi piłkarze znów wybiegną na boiska. Nie zanosi się, żeby w tym sezonie było lepiej z poziomem meczów, liczbą kibiców na trybunach i bezpieczeństwem na stadionach. Polski Związek Piłki Nożnej śpi, a jego działacze są coraz większymi konformistami. Niby wszyscy wiedzą, że polska liga piłkarska dostarcza atrakcji trzy razy w roku: dwukrotnie, gdy gra Widzew z Legią i wtedy, gdy wyłaniani są spadkowicze (ludzie się interesują, kto od kogo kupi mecz lub zawrze inną umowę), ale do PZPN jakby to nie docierało.

W tym roku piłkarska centrala wydała zaledwie jedno słuszne postanowienie. Aby nie powtórzyły się wydarzenia z wiosny, gdy z gry w I lidze zrezygnowały przed końcem sezonu Sokół Tychy oraz Śląsk Wrocław, teraz zespoły, które wycofają się w trakcie rozgrywek, w następnym sezonie będą miały prawo grać o dwa szczeble niżej, a nie o jeden, jak do tej pory. Czyli: jeśli pierwszoligowiec przed końcem sezonu powie, że nie może dalej grać, bo nie ma już pieniędzy, to zostanie zaproszony do trzeciej ligi.

W sezonie, który wkrótce się rozpocznie, miało być tak, że w I lidze będą mogły uczestniczyć tylko te kluby, które przedstawią odpowiednie gwarancje finansowe i PZPN udzieli im licencji. Wszystkie kluby od ponad roku wiedziały, że muszą zmienić swój status ze stowarzyszeń na spółki akcyjne. Miał być zarząd, rada nadzorcza, jasno określone wpływy i wydatki oraz zabezpieczenie finansowe w kwocie nie mniejszej niż milion złotych. Takie warunki stawiane są zespołom we wszystkich szanujących się ligach. Minął rok i PZPN zaczął traktować ten temat jako drażliwy. "Przecież nie możemy rozwalić ligi tylko dlatego, że nie wszyscy zdążyli założyć spółki" - powiedział rzecznik prasowy PZPN. A dlaczego nie? Harcerskie czasy w piłce nożnej dawno minęły. Dziś futbol jest wielkim przemysłem, w którym krążą miliardy dolarów i są w nim jasno określone prawa i obowiązki. Kto nie ma pieniędzy albo nie może się nimi oficjalnie wykazać, nie jest dopuszczany do gry. Tylko w Polsce jest inaczej, no, może jeszcze w Bułgarii i Albanii.

Spółki założono w Legii, Widzewie, ŁKS Łódź i ostatnio w GKS Katowice. Tylko do Legii i GKS weszli znani sponsorzy - Daewoo i Bertelsmann. W ŁKS rządzi jednoosobowo Antoni Ptak, właściciel największego w Polsce centrum handlu odzieżą w Rzgowie pod Łodzią. W Widzewie dominuje trio: Andrzej Pawelec, Andrzej Grajewski, Ismat Kousan.

"Będziemy jeszcze silniejsi, przecież mamy przed sobą Ligę Mistrzów" - powiedział Pawelec, prezes Widzewa i wiceprezes Polskiego Związku Piłki Nożnej w czasie fety po zdobyciu mistrzostwa Polski. Nie minęła doba i okazało się, że w przyszłym sezonie zabraknie trzech podstawowych piłkarzy: Szczęsnego, Majaka i Dembińskiego. Dwaj ostatni są napastnikami, reprezentantami Polski. Dla normalnego klubu, będącego mistrzem kraju, taki krok oznaczałby samobójstwo, a obserwatorzy zaczęliby się drapać po głowie, o co tu naprawdę chodzi.

Chodzi otóż o absolutny brak pieniędzy. Grajewski, jeden z udziałowców spółki zarządzającej klubem, wielokrotnie w przeszłości przyjeżdżał z Niemiec z walizką gotówki, żeby uregulować należności wobec piłkarzy. Ostatni raz uczynił to dwa dni przed decydującym o mistrzostwie meczem z Legią, dwa dni po bokserskiej walce Dariusza Michalczewskiego z Virgilem Hillem, której był współorganizatorem. Gdy Grajewski rozdał już pieniądze, zapytano zawodników, czy otrzymali wszystko, co im się należy. Odpowiedzieli, że prawie.

Andrzej Pawelec został sklasyfikowany przez tygodnik "Wprost" na 13. miejscu na liście najbogatszych Polaków. Jest biznesmenem z branży lekkich napojów. Najbardziej znanym jest Cin-Cin. Andrzej Grajewski, Polak z niemieckim paszportem, prowadzi w Niemczech rozliczne interesy. Darzy Widzew gorącą miłością, która nieraz wystawiana jest na szwank, szczególnie wtedy, gdy obydwaj panowie, imiennicy, pokłócą się. Raz nawet Grajewski postanowił zerwać z Widzewem wszelkie związki, ale po kilku dniach mu przeszło i znowu przywiózł z Niemiec walizkę z wiadomą zawartością. Trzecim udziałowcem spółki jest Ismat Kousan, Libańczyk, mieszkający w Polsce od ponad 20 lat. Prowadzi interesy w branży odzieżowej. Jego największą zasługą jest to, że działa kojąco na zwaśnionych Grajewskiego i Pawelca.

Klub utrzymuje głównie Grajewski, choć pozycja Pawelca na liście najbogatszych mogłaby wskazywać, że on też powinien mieć czym zapłacić. Tak jednak nie jest i nie wiadomo, czy Pawelec bardziej nie chce, czy bardziej nie może. Wielką nadzieją udziałowców Widzewa na polepszenie finansowego losu była zaplanowana sprzedaż Marka Citki. W grę wchodziły aż 4 miliony funtów. Do transferu nie doszło, wielkie pieniądze uciekły i finansowanie klubu w dalszym ciągu polega na łataniu przez udziałowców dziur, gdy stają się one bardzo duże. Trzeba oddać Pawelcowi, Grajewskiemu i Kousanowi ukłony za to, co dla Widzewa zrobili, ale postawić wyżej poprzeczki już raczej nie zdołają. Nie da się stworzyć silnego klubu za pomocą dostarczanych doraźnie walizek pieniędzy ani przez wyprzedaż najlepszych graczy.

Tak jest w Widzewie, najlepszym polskim klubie. Co można powiedzieć o pozostałych? Stosunek ilości pieniędzy do sukcesów jest w piłce nożnej wprost proporcjonalny. Czy możemy liczyć, że polski klub zajdzie daleko w rozgrywkach europejskich?

Na liście krajów, w których najlepiej kopie się piłkę, Polska zajmuje miejsce pod koniec szóstej dziesiątki. Nie znajduje się więc w głębinie, tylko w Rowie Mariańskim. Niemcy, najlepsza drużyna kontynentu, ma w I lidze 18 zespołów. Anglia ma 20, ale zastanawia się, czy to nie za dużo i zapewne odchudzi ligę o dwie drużyny. Włosi mają 18 zespołów, Hiszpanie aż 22, ale tam piłka nożna jest wielką miłością połowy narodu. A my? My też mamy 18, stać nas przecież. Do tego dochodzi najliczniejsza na świecie II liga, licząca aż 36 klubów. Gdyby reprezentacja Polski zdobywała medale mistrzostw Europy albo przynajmniej grała w finałach tej imprezy, od biedy można byłoby przyjąć, że taki system rozgrywek ma jakiś sens. Tymczasem dzieje się tak, że naszej reprezentacji nigdy nie udało się zakwalifikować do mistrzostw Europy, a ostatnie eliminacje mistrzostw świata i lanie od Anglii oraz Włoch mamy świeżo w pamięci.

Obecność 54 drużyn w I i II lidze oznacza, że zatrudnienie w nich znajduje około 1000 piłkarzy. Ilu z nich gra na przyzwoitym poziomie - wskazują wyniki reprezentacji. Jeśli nie ma dobrych piłkarzy, to jedynym wyjściem jest odchudzenie rozgrywek i zgrupowanie najlepszych graczy w kilku klubach. Poważni ludzie proponowali, żeby przez rok doprowadzić do sytuacji, by w I lidze grało 10 lub 12 drużyn, a w II lidze maksymalnie 20. Działacze PZPN zamknęli się na kilka godzin i wymyślili reformę, która na dobrą sprawę nie jest żadną reformą, tylko przyznaniem się do słabości. Rozłożono ją na cztery lata, przy czym w każdym kolejnym sezonie będą obowiązywały inne przepisy. Raz spadną cztery drużyny, a wejdą dwie, potem spadnie dziesięć, a wejdą cztery. Konia z rzędem temu, kto to zapamięta i znajdzie w tym jakiś sens.

Od 1921 roku, gdy rozegrano pierwsze mistrzostwa kraju, system rozgrywek tylko w I lidze zmienił się 27 razy. Od 1960 roku ciągle zwiększano liczbę pierwszoligowców, teraz, po raz pierwszy, ligę będzie się odchudzać. Tyle że kiedyś polska piłka nożna była o wiele mocniejsza. 80 procent klubów polskich, występujących w rozgrywkach centralnych, nie ma ani zaplecza ekonomicznego, ani sportowego, żeby zasłużyć na przynależność do elity.

Czym będziemy się mogli rozkoszować w nadchodzących rozgrywkach? Jak zwykle wyścigiem Widzewa i Legii po mistrzostwo oraz układami rządzącymi wynikami ostatnich meczów z udziałem drużyn walczących o utrzymanie się w lidze. Chyba przez kilka najbliższych lat taka będzie w Polsce piłkarska rzeczywistość.

KRZYSZTOF GUZOWSKI