logo archiwum

Autor Stefan Szczepłek
Tytuł Bezrobocie na własną prośbę
Podtytuł Z trenerem Franciszkiem Smudą o Widzewie Łódź i polskim futbolu rozmawia Stefan Szczepłek
Data wydania 2003.08.21
Dział gazeta/Sport
Artykuł w ROL Bezrobocie na własną prośbę


Z trenerem Franciszkiem Smudą o Widzewie Łódź i polskim futbolu rozmawia Stefan Szczepłek

Bezrobocie na własną prośbę

FOT. MARIAN ZUBRZYCKI

Jeszcze niedawno był pan kandydatem do objęcia reprezentacji Polski, a dziś nie ma pan pracy. Dlaczego tak się stało?

FRANCISZEK SMUDA: Sam skazałem się na bezrobocie, to była moja decyzja. Wolałem zrezygnować z pracy w Widzewie, niż funkcjonować w nienormalnych warunkach, jakie w tym klubie były, są i na pewno będą, dopóki ci sami ludzie będą prowadzić ten interes. To jest bez sensu. Tam nie ma z kim rozmawiać. Chcę budować zespół, osiągać sukcesy, a nie tracić zdrowie. To musi być praca, połączona z satysfakcją i wynikiem. Praca moja i piłkarzy. W przeciwnym razie oszukujemy kibiców.

Ale przecież pan był kiedyś zaprzyjaźniony z Andrzejem Grajewskim, współwłaścicielem Widzewa, prezesem, menedżerem, nie wiem kim jeszcze dla tego klubu w ciągu ostatnich dziesięciu lat.

Ludzie się zmieniają. W czasie czterech lat mojej pracy Widzew sprzedał trzynastu reprezentantów Polski. Każdy z nich kosztował minimum milion marek. Czyli, do klubu powinno trafić trzynaście milionów. Wie pan, ile trafiło?

Nie wiem, ale przypuszczam, że mniej. Przecież po to się sprzedaje, żeby zarobić.

Niech pan nawet nie pyta w klubie, bo nikt panu nie powie. Ale ja wiem i to jest jeden z powodów, dla których nie jestem już przyjacielem Grajewskiego.

Chce pan powiedzieć, że pieniądze, które należały się klubowi, stały się własnością Andrzeja Pawelca i Andrzeja Grajewskiego?

Nie będę tego komentował. A jeśli teraz ci ludzie mówią, że mamy się wszyscy składać, żeby ratować Widzew, to dla mnie jest nienormalne. Biedny kibic, który odkłada dwadzieścia złotych na mecz, ma teraz jeszcze szukać tysiąca, żeby ratować klubowi licencję, bo szefowie źle nim zarządzali? Przecież to nonsens.

Widzew zarobił też ogromne pieniądze za grę w Lidze Mistrzów, w roku 1996. Gdzie one się podziały?

Nie wiem. Ale chciałbym wiedzieć, bo i ja mam wątpliwości.

Czy to prawda, że cała wspaniałomyślność Grajewskiego, sprowadzała się do tego, że w trudnych dla klubu chwilach pożyczał mu wprawdzie pieniądze, ale na wysoki procent, chociaż sam tym klubem rządził?

Nie wiem, ale pewnie są ludzie, którzy odpowiedzieliby panu na to pytanie.

Chciałbym, ale nie mogę się dodzwonić do klubu. Znowu wyłączono telefony za niezapłacone rachunki. Zadam wobec tego panu pytanie konkretne. Jak pan ocenia Andrzeja Pawelca i Andrzeja Grajewskiego, którzy doprowadzili klub do Ligi Mistrzów, a potem do ruiny? Oni są, czy tego chcemy, czy nie, jednymi z najważniejszych ludzi w polskiej piłce.

Przez pierwsze cztery lata praca w Widzewie była przyjemna, bezstresowa, nikt mi się nie wtrącał do spraw szkoleniowych, składu i miałem każdego zawodnika, jakiego chciałem. Ale kiedy przyjechałem do Widzewa po raz drugi, wszystko było inne. Grajewski powiedział mi wprost, że my już patrzymy na piłkę inaczej, nie rozumiemy się i nie możemy razem pracować. I na tym się skończyło.

Czy Widzew jest jeszcze panu winien pieniądze?

Naturalnie. Pawelec mówił mi osobiście - trenerze, jeśli pan tylko utrzyma drużynę w lidze, to ja panu daję premię. Widzew się utrzymał, ale premii nie ma. Gdybym wziął te pieniądze wcześniej, przed utrzymaniem, to bym je miał. Podobnie Pawelec postąpił z zawodnikami, którzy nawet wysłali do PZPN listę nazwisk, prosząc w zamian o pieniądze z Canal Plus. Ale nic nie utargowali. Nikt ci nie da tyle, ile ci Widzew obieca - tak się mówi, ale to prawda.

Z tego widać, że klub nie funkcjonował normalnie...

Nie wiem, jak w ogóle funkcjonował. Na jakiej zasadzie to wszystko się utrzymywało. Kto dał, kto pożyczył. Ale jeśli ja z panem byłbym właścicielem klubu, w który zainwestowałem, to przecież nie mógłbym mu jeszcze pożyczać pieniędzy na procent. Bo to jest mój klub, moje akcje i moje ryzyko. Kiedy w USA z Kazikiem Deyną zainwestowaliśmy swoje oszczędności w hotele i straciliśmy, to do nikogo nie mogliśmy mieć pretensji. To było nasze ryzyko. Jest zysk firmy - są dywidendy. Nie ma zysku - tracimy. A w Widzewie nie. Klub był chyba po to, żeby ratować pieniądze właścicieli.

Czyli oni zawsze wychodzili na swoje kosztem kolejnych trenerów i piłkarzy, którym byli lub nadal są winni pieniądze?

To pan powiedział. Ale nie tylko o Widzew chodzi. Proszę popatrzeć po innych klubach, które są spółkami. Wszyscy narzekają, że stracili. A przecież to interes jak każdy inny.

Czy prezes Mirosław Czesny stanowił przeciwieństwo współwłaścicieli?

On jest widzewiakiem, łodzianinem. Miał dobrą koncepcję, chciał pokazać, że można inaczej. Ponieważ wszystkie konta klubu zostały zablokowane za długi, Czesny chciał założyć dodatkową spółkę, która miała się nazywać Widzew Gol i szukać nowych sponsorów, którzy mogliby przy tej okazji otwierać nowe konta. Z tych pieniędzy chciał budować silny zespół, bo jednak piłkarze są w tym wszystkim najważniejsi. Ale to się nie spodobało, bo chociaż klub mógłby zyskać, to przecież w wyniku takich działań dotychczasowi właściciele, czyli Pawelec i Grajewski straciliby rację bytu. Powiedzieli mu, że błądzi i wszystko zostało po staremu. Nowy jest tylko prezes - pan Skrzydlewski.

Kto to jest? Zna go pan?

Przelotnie. Dowcipny człowiek, właściciel zakładu pogrzebowego. Kiedyś przyszedł do mnie i Tadzia Gapińskiego, bez którego Widzewa by nie było, i mówi - no, zbudowałem w Bytomiu nowe krematorium. Jak się nie utrzymacie w lidze, to wasze prochy już tam będą. Dowcip dobry, ale nie bardzo. Teraz grabarz będzie ratował Widzew. Przyszłość klubu może zależeć od tego, ile trumien sprzeda pan Skrzydlewski. To już nie jest dowcip.

Pracował pan w trzech najlepszych polskich klubach ostatnich lat - Widzewie, Legii i Wiśle. Czy można je porównać?

Najlepiej poukładane było w Krakowie. Przeszkodził tylko ten kibic, co nożem rzucił. Dobrzy zawodnicy, wszystko na czas, dobre warunki pracy. Podobnie działo się w Legii za czasów Daewoo. Tam było perfekt. Kiedy przyszedł pan Zarajczyk to ja już nie miałem lotów, chociaż rozstaliśmy się bardzo elegancko, Legia wywiązała się w stosunku do mnie w stu procentach. Mnie interesowały tylko wyniki, a nie - co możemy sprzedać, co kupić, jak pohandlować, ile na czym zarobić. Inaczej mówiąc - jaki zrobić interes. A tak na Łazienkowskiej zaczęło się myśleć.

Czy uważa pan, że to jest w polskiej lidze powszechne?

Niestety, tak. Od kiedy powstały spółki, wszystkie są nastawione na zysk za wszelką cenę. Sport na tym traci. Co innego ci, którzy w mądry sposób wydają własne pieniądze. Cupiał w Wiśle, Drzymała w Groclinie, podobnie jest w Amice. Mają określony budżet i wiedzą, czym mogą gospodarować, jakie przeprowadzać transfery itp. Tak jest na całym świecie. A w Widzewie było tak, że jak sprzedałeś Dembińskiego czy Majaka to ani nikogo nowego nie było na ich miejsce, ani pieniędzy nikt nie zobaczył. Dopiero kiedy oddali Woźniaka do Porto, na jego miejsce kupili Maćka Szczęsnego. To trzeba przyznać. Przygotowywaliśmy się do Ligi Mistrzów i Pawelec z Romanowskim dogadali się w sprawie przejścia z Legii do Widzewa Szczęsnego i Michalskiego. Pawelcowi zależało na silnej drużynie. Dobrze wiedział, że musi przed Ligą Mistrzów dużo zainwestować, żeby jeszcze więcej zyskać. I to się udało.

Kiedy pan wróci do piłki?

Pewnie niedługo, bo nie wytrzymam. Ale marzy mi się jakiś dobrze zorganizowany klub, w którym są spokojni, uczciwi ludzie, jak w Groclinie. Albo jakiś beniaminek, który przez pierwszy rok zdobywa doświadczenie zanim zaatakuje wyższe pozycje. Na szczęście - są jeszcze takie kluby. -