logo archiwum

Autor Krzysztof Guzowski
Tytuł Trzeba ciąć jak gilotyna
Data wydania 1998.03.21
Dział gazeta/Sport


WIDZEW STORY

Prawie 14 milionów długów * Nic nie jest zapłacone -- ani samolot do Odessy, ani ZUS, ani elektryczność, ani podatki * Bakoma nie chce przedłużyć umowy * Pawelec bliski bankructwa

Trzeba ciąć jak gilotyna

KRZYSZTOF GUZOWSKI

4 stycznia 1998 roku zarząd klubu piłkarskiego RTS Widzew Łódź odwołał z funkcji prezesa klubu Andrzeja Pawelca i jednocześnie złożył wniosek do Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy i Rady Nadzorczej Widzew S. S. A. oodwołanie go z funkcjiprezesa spółki, która finansuje działalność klubu.

9 stycznia, na posiedzeniu Rady Nadzorczej Sekcji Piłki Nożnej Widzew S. S. A. , przyjęto rezygnację Andrzeja Pawelca z funkcji prezesa zarządu i powołano na to stanowisko Ludwika Sobolewskiego, który był prezesem klubu w latach 70. i 80.

Pawelec wydał oświadczenie, w którym napisał m. in. : "Po bardzo długich wahaniach postanowiłem ustąpić z funkcji prezesa zarządu Sekcji Piłki Nożnej Widzew S. S. A. Doszedłem do wniosku, że aspiracje Widzewa, który jak zwykle mierzy wysoko, nie pozwalają już dłużej na łączenie tej funkcji z prowadzonymi przeze mnie interesami. Mimo wielu niepochlebnych publikacji i wypowiedzi, które ostatnio pojawiły się w mediach, uważam, że nie zostawiam po sobie spalonej ziemi. W czasie mojej prezesury klub dwukrotnie zdobył mistrzostwo Polski. Widzew jako druga polska drużyna zagrał w Lidze Mistrzów. Po rundzie jesiennej jest liderem tabeli. Życzę mojemu następcy co najmniej takich samych sukcesów. Ja ze swojej strony obiecuję pomoc, bo nadal pozostaję widzewiakiem iudziałowcem spółki. Władzę w spółce przekazuję w najbardziej godne ręce, twórcy potęgi klubu i mojego wielkiego nauczyciela Ludwika Sobolewskiego. Z nowym prezesem ustaliłem już, że będę pomagał spółce, działając w jej Radzie Nadzorczej. "

W ciągu pięciu dni Andrzej Pawelec stracił więc w Widzewie wszystkie funkcje. Pozostał tylko udziałowcem Widzew S. S. A. , w której rzekomo posiadał prawie 30 procent akcji. Okazało się jednak, że nie posiadał.

Lipne akcje

Po trzeciej emisji akcji imiennych, przeprowadzonej w październiku 1993 roku, skład akcjonariuszy był następujący: Andrzej Pawelec 21, 14 procent akcji, Sławomir Jaruga 9, 86, Andrzej Salamon 9, 86, Ismat Koussan 13, 42, Janusz Baranowski 7, 13, RTS Widzew 20, 78, JAG Sportsmarketing (reprezentowany przez Andrzeja Grajewskiego) 17, 81. Do czwartej emisji doszło we wrześniu 1996 roku. Pawelec i Koussan dostali tyle akcji, żeby wspólnie mieli ich ponad połowę i mogli nadal rządzić klubem, Grajewski zaś tyle, żeby utrzymał swój stan posiadania i nie podnosił głosu. Po czwartej emisji skład akcjonariuszy miał być następujący: Pawelec 27, 73 procent akcji, Koussan 27, 73, Grajewski 17, 81, RTS Widzew 11, 67, Baranowski 4, Jaruga 5, 53, Salamon 5, 53. Akcje nabywa się jednak wtedy, gdy się za nie zapłaci. Niestety, ani jeden z trójki głównych udziałowców (Pawelec, Koussan i Grajewski) za nie nie zapłacił. Była to więc emisja całkowicie fikcyjna.

Została ona unieważniona jednomyślnie uchwałą Walnego Zgromadzenia członków klubu. Kiedy klub zwrócił się w tym roku do sądu rejestrowego o wykreślenie czwartej emisji z akt spółki, ten odpisał: "Nie jest możliwe wykreślenie emisji, bo te akcje nigdy nie zostały zarejestrowane. "

Przez ostatnie cztery lata działalność klubu finansował Andrzej (Andreas Jacob) Grajewski. Część pieniędzy pochodziła z premii za udział w Lidze Mistrzów w sezonie 1996/ 97. Tych 10 milionów złotych zostało przejedzonych. Większość, około 60 procent, zabrali piłkarze -- ich premie były nienormalnie wysokie. Gdyby Pawelec zaproponował im mniejsze stawki, pewnie też by się zgodzili. Za milion marek Pawelec kupił od Pogoni Konstancin, kontrolowanej przez Janusza Romanowskiego, zawodnika Przemysława Michalskiego.

Grajewski jest właścicielem pięciu firm sportmarketingowych w Niemczech. Nie wiadomo dokładnie, jak zarobił pierwszy milion marek, w każdym razie jego pozycja na rynku niemieckim w tej dziedzinie jest dziś bardzo mocna. Silniejsze od niego są tylko UFA i CWL, należące do byłego reprezentanta Niemiec w piłce nożnej Guenthera Netzera. Stać Grajewskiego na sponsorowanie kierowcy Mayera, startującego w amerykańskich wyścigach CART (zamorski odpowiednik Formuły 1) . Piłkarską II ligę niemiecką sponsoruje koncern browarniczy Hasserode, a Hasserode to Grajewski. Fundusz reklamowy koncernu wynosi rocznie 3 miliony marek. Jeśli firma zanotuje wzrost sprzedaży, to nie obchodzi ją, ile z tego funduszu zostało wydane. Przy umiejętnie prowadzonej polityce można sporo zaoszczędzić.

Pieniądze, które Grajewski dawał W idzewowi, były najczęściej "gorące" -- gdy trzeba było gasić jakiś finansowy pożar. Jak trzeba było działać szybko, bo piłkarze grozili, że nie wyjdą na boisko z powodu zaległości wwypłatach, to wysłannik klubu jechał do Grajewskiego i legalnie przywoził walizkę pieniędzy. Do wypłaty z walizki doszło, na przykład, przed meczem decydującym o mistrzostwie Polski z Legią w Warszawie w 1997 roku. Piłkarze pieniądze dostali, zagrali, jak trzeba, wygrali z Legią i zdobyli tytuł.

Tyle pieniędzy, ile lat

Grajewski łożył na Widzew i kupował zawodników, bo kochał klub miłością czystą. Do czasu jednak. Gdy zauważył, że ktoś próbuje go oszukiwać, zaczął się zabezpieczać. Kiedyś, po kupnie piłkarza, doszło do następującej rozmowy. Grajewski: "Słuchaj, przecież mam swoich zawodników". Pawelec: " Jakich ty masz zawodników? Przecież to są zawodnicy spółki, a nie twoi". Pawelec miał rację -- statut Polskiego Związku Piłki Nożnej jasno określa, że osoby prywatne nie mogą być właścicielami zawodników. Ich właścicielami są kluby.

Piłkarze byli wciąż kupowani. Do klubu trafiło siedmiu nowych, m. in. Jacek Dembiński z Lecha Poznań za 591 tysięcy marek, Sławomir Majak z Zagłębia Lubin za 856 tysięcy, Maciej Terlecki z ŁKS Łódź za 800 tysięcy marek. Obowiązywała wtedy umowa, podpisana przez Grajewskiego i Pawelca. Jej treść była następująca:

Umowa między klubem SPN Widzew S. S. A. , reprezentowanym przez prezesa zarządu Andrzeja Pawelca, a firmą JAG Sportsmarketing, reprezentowaną przez właściciela Andrzeja Grajewskiego, dotycząca piłkarza . ..

Strony ustaliły, że: 1. Transfer . .. (nazwisko piłkarza) z polskiego klubu . .. (nazwa klubu) do SPN Widzew będzie w 100 procentach sfinansowany przez JAG Sportsmarketing.

2. Zawodnik . .. otrzyma kontrakt z klubem Widzew, w którym Widzew zobowiązuje się do stuprocentowej wypłaty wszystkich pensji uzgodnionych z zawodnikiem. Niniejsza umowa, zawarta z JAG Sportsmarketing, przedłuża się automatycznie, jeżeli strony po upływie w. w. czasu przedłużą kontrakt. Warunki ponownej umowy stanowią w tym wypadku efekt pertraktacji.

3. JAG Sportsmarketing ma prawo do ekskluzywnej sprzedaży zawodnika w czasie trwania kontraktu, lecz nie wcześniej jak po pierwszym roku gry w SPN Widzew. Sprzedaż może być przeprowadzona przez upoważnionego menedżera FIFA.

4. Strony uzgodniły następujące warunki sprzedaży:

a) w przypadku sprzedaży po jednym roku SPN Widzew otrzymuje sumę 200 tysięcy DM, bez względu na wysokość sumy transferowej;

b) w przypadku sprzedaży po 2 latach SPN Widzew otrzymuje 100 tysięcy marek;

c) w przypadku sprzedaży po 3 latach SPN Widzew otrzymuje 50 tysięcy marek.

Suma ta będzie płacona niezwłocznie po podpisaniu kontraktu i zapłaceniu sumy transferowej przez klub pozyskujący zawodnika. Wyżej wymieniona kwota na rzecz SPN Widzew będzie wypłacana w złotych polskich według bankowego kursu marki niemieckiej w dniu sprzedaży.

Z umowy między prezesem klubu, będącym udziałowcem spółki, i innym udziałowcem spółki wynika więc, że Widzew miał niewiele pożytku z piłkarza, który został odsprzedany do klubu na Zachodzie Europy. Tak było z Majakiem i Dembińskim, którzy znaleźli się w Bundeslidze. Wpływy za obu wynosiły około 2 milionów marek. W Widzewie zostało 300 tysięcy (100 za Majaka i 200 za Dembińskiego) . Resztę zabrał Grajewski. Jeśli chodzi o interesy spółki i klubu, takie zasady transferowania piłkarzy można nazwać niegospodarnością, a nawet działaniem na szkodę spółki.

Pół klubu za milion marek

To był jednak dopiero wstęp do wzajemnych rozliczeń między Grajewskim i Pawelcem. 19 marca 1997 roku obaj panowie zawarli w Hanowerze umowę pełnomocnictwa -- curiosum. W jej efekcie Pawelec sprzedał Grajewskiemu połowę klubu na 10 lat za 1 milion marek. Oto treść pisma (oryginalna pisownia tłumaczenia z języka niemieckiego) : "19 marca 1997 roku przed adwokatem Horstem Wetzelem w Hanowerze stawił się Andrzej Pawelec, występujący w imieniu własnym i jako samodzielnie uprawniony do reprezentowania prezes zarządu sekcji piłki nożnej Widzew SSA i udziela niniejszym JAG Sportsmarketing, reprezentowanym przez Jacoba Andreasa Grajewskiego pełnomocnictwa.

Pełnomocnik ma prawo podejmowania wszystkich czynności w imieniu udzielającego pełnomocnictwa. Jest upoważniony do podejmowania w ustawowy sposób imieniem przeze mnie reprezentowanej bez ograniczeń każdej czynności o znaczeniu prawnym, która może być podejmowana ustawowo przeze mnie, reprezentowaną lub wobec niej i to z takim skutkiem, jakby przeze mnie reprezentowana działała sama. Pełnomocnictwo obejmuje w szczególności prawo:

* reprezentowania przeze mnie reprezentowanej wobec sądów, urzędów i innych instytucji publicznych oraz osób prywatnych na drodze sądowej i pozasądowej oraz podejmowania wszelkich działań procesowych z imieniem przeze mnie reprezentowanej;

* przyjmowania wpłat lub przedmiotów wartościowych imieniem przeze mnie reprezentowanej;

* wystawiania pokwitowań i dokonywania zapłat, zawierania umów, dotyczących prawa do transmisji telewizyjnych i reklamy na bandach stadionów w przypadku wszystkich meczów ligowych, pucharowych i towarzyskich, w których SPN Widzew lub RTS Widzew, albo FIFA albo UEFA jest realizatorem albo aranżerem, zarówno w Polsce, jak i za granicą;

* zawierania ze sponsorami umów o prawa do reklamy na koszulkach zawodników;

* zawierania umów o transferze zawodników SPN Widzew i to zarówno w przypadku przejścia do polskiego, jak i do zagranicznego klubu z zachowaniem prawa do odstąpienia praw do transferu licencjonowanemu przez FIFA menedżerowi;

* realizacji wszystkich praw do promocji i sprzedaży towarów i zawierania odpowiednich umów odnośnie do wszystkich artykułów dla kibiców, obojętne z jakiego materiału, włącznie z wprasowaniem na rynku aktualnych i przyszłych ewentualnych emblematów i logo. ''

Wszelkie działania, które mają największy wpływ na finanse klubu -- zawieranie umów z telewizją, sponsorami, reklamodawcami, sprzedaż zawodników -- dostały się w ręce Grajewskiego. Za milion marek.

Umowa, zawarta tego samego dnia w Hanowerze między Grajewskim i Pawelcem, uzupełniała owo pełnomocnictwo. Jest w niej mowa o tym, że Grajewski od tej pory będzie pokrywał 49 procent wydatków klubu, ale będzie też zabierał 49 procent z tytułu prowadzonej przez siebie działalności pełnomocnika. Spółka -- odpowiednio -- będzie w 51 procentach finansowała działalność klubu i będzie w niej zostawać 51 procent kwot, które wynegocjuje Grajewski.

Grzyb Cin & Cin

Gdy podpisywano te pisma, Pawelec był prezesem spółki, a Grajewski wiceprezesem. Obaj działali na jej szkodę. W umowie jest napisane, że kwestie sporne mogą być rozpatrzone tylko przed sądem w Hanowerze i że umowa może być unieważniona tylko przez Grajewskiego. Przez klub, reprezentowany przez Pawelca -- w żadnym wypadku.

Dlaczego Pawelec sprzedał Grajewskiemu pół klubu za milion marek? Ponieważ miał potężne kłopoty finansowe inawet taką sumą nie pogardził. Jego sztandarowa firma, Cin & Cin, rozpadała się.

Mówi Ryszard Szylhabel, obywatel Niemiec: -- Znałem ojca Andrzeja i całą jego rodzinę. Prowadziliśmy w Łodzi bliźniacze firmy, związane z produkcją odzieży. Mój syn i Andrzej chodzili do tej samej szkoły. W 1981 roku wyjechałem z Polski i osiadłem w Berlinie. 8 grudnia 1990 roku założone przeze mnie Przedsiębiorstwo Zagraniczne Complex rozpoczęło działalność w Chociszewie pod Łodzią. Zacząłem produkować wino musujące pod nazwą Cin Cin. Do 20 maja 1991 roku Andrzej był w Compleksie dyrektorem generalnym, a od 20 maja moim pełnomocnikiem. Takie były przepisy prawa: to była moja firma, ale nie mogłem jej prowadzić. Prowadził ją Pawelec. Wniósł do działalności Compleksu ok. 40 tysięcy marek, ja w granicach 500 tysięcy marek i w zabezpieczeniach dodatkowych (zakupy kredytowe, licencyjne, poświadczenia bankowe) ok. miliona marek.

-- W pierwszym roku działalności Compleksu zysk wyniósł 96 miliardów starych złotych. Potem zysk spadał, ale wciąż był duży -- 32 miliardy, 28 miliardów. W 1994 roku bilans wykazał stratę w wysokości 13 miliardów starych złotych, potem minus 9, minus 8 miliardów. To dlatego, że na Compleksie wyrósł grzyb -- firma Pawelca Cin & Cin. Od grudnia 1990 roku do stycznia 1994 roku Pawelec miał pełen dostęp do konta właściciela. Wszystkie pieniądze z tego konta brał on. Żądałem okazania mi stanu konta właściciela. Najpierw dostałem fałszywe wydruki. Właściwy został mi przesłany dopiero 31 stycznia 1994 roku na Majorkę, gdzie przebywałem na wakacjach, już wtedy, gdy pozbawiłem Pawelca pełnomocnictw w Compleksie.

-- Odwołałem go z powodu nierozliczenia się z konta właściciela i nieudostępnienia mi księgowości firmy. Okazało się, że drogą manipulacji księgowej wyprowadził majątek firmy, żeby rozpocząć produkcję w Cin & Cin. Były to pieniądze z zysku i majątek rzeczowy (zbiorniki) Compleksu. Technologię produkcji opatentował na swoją firmę. Zabrał też znak produktów. Wino Cin Cin produkował Complex od 8 grudnia 1990 roku, gdy żaden Cin & Cin, firma Pawelca, jeszcze nie istniał. Cin & Cin został założony przez niego w 1991 roku. Był taki czas, że Complex i Cin & Cin produkowały jednocześnie wino Cin Cin.

Lewe konta

-- Pawelcowi grozi teraz sprawa sądowa -- mówi Szylhabel -- Nie wypełnił, jako pełnomocnik Compleksu, obowiązku zainwestowania 1/ 3 zysków w ciągu 3 lat, gdy firma była zwolniona z podatku dochodowego. To, razem z odsetkami, na pewno będzie dziś około 20 milionów złotych. Te pieniądze, jeśli dojdzie do sprawy sądowej, będzie musiał oddać. Z konta właściciela zabrał 6--8 milionów marek i nie rozliczył się z nich. Sfałszował dokumenty księgowe, umowy na sumę ponad miliona dolarów. Na moje nazwisko zrobiono masę fałszywych dokumentów, powołując się na nierzeczywiste transakcje i przelewy z banków w Niemczech, w Szwajcarii, z kont, których ja nigdy nie miałem, a o których dowiedziałem się dopiero z pisma pokontrolnego Urzędu Kontroli Skarbowej, przeprowadzonej w Compleksie. Znajduje się tam, na przykład, dokument, że Complex podpisał umowę na 720 tys. dolarów, tyle że stało się to 11 miesięcy wcześniej, zanim powstał. Prawda była taka, że Complex pokrywał koszty powstania i działalności Cin & Cin. Biurowiec Compleksu jest dziś biurowcem Cin & Cin. Wszystkie hale produkcyjne, płot, drogi dojazdowe, zostały wybudowane za pieniądze Compleksu, który dziś już nie istnieje. Spowodowałem, że zaprzestał działalności na początku 1997 roku.

-- Roszczenia Skarbu Państwa w stosunku do Pawelca powinny być duże. Ja nie chcę od niego nic. Jeśli jakieś pieniądze zostaną, to chcę je przekazać na cele dobroczynne. Imperium Pawelca padło. Dziś nie ma już Cin & Cin. W grudniu zeszłego roku Pawelec sprzedał znak firmowy za 300 tysięcy marek firmie Ambra, która jest kontrolowana przez Fabera, potentata w tej dziedzinie na rynku niemieckim. Pawelec w dalszym ciągu może produkować, ale nie ma prawa używać nazwy Cin Cin. Ten człowiek miał pojęcie o interesie, gdy się miało dwie szwaczki, trzy chałupniczki irozliczenie w kieszeni. Ja mu już mówiłem w 1991 roku: "Człowieku, ty się opanuj, bo jesteś chory na przerost ambicji. " Wszedł do Widzewa, bo jest człowiekiem chorobliwie ambitnym. Chciał pokazywać się na ekranie telewizora i w gazetach. Chciał w ciągu roku, dwóch lat dorównać Rotschildom, Rockefellerom -- mówi Szylhabel.

Pawelca stać jednak było na spektakularne gesty. Jesienią na mecz Widzewa do Udine w ramach Pucharu UEFA poleciały dwa samoloty JAK-40. W jednym siedzieli piłkarze, w drugim przyjaciele prezesa. Sam catering kosztował 9 tysięcy złotych. Do tej pory koszty nie zostały opłacone.

Pożyczka

W Widzewie nic nie jest zapłacone. Ani samolot do Odessy, wyczarterowany od LOT-ukilka lat temu, ani ZUS, ani ciepło, ani elektryczność, a ni podatki. Ekipa prezesa Sobolewskiego prowadzi postępowanie ugodowe ze wszystkimi wierzycielami. Ostatnio dogadano się z właścicielem owego nieszczęsnego długu za samolot do Odessy, bo znalazł się on na rynku wierzytelności. Piłkarze mają uregulowane wszystkie zaległości finansowe dotyczące premii. Nie zapłacono pieniędzy tym zawodnikom, którzy już w Widzewie nie grają, choć też im się coś należy. Kontrakty ze wszystkimi zawodnikami są ustalone i podpisane, ale od czerwca ub. roku nie zapłacone. W przyszłym tygodniu zaległości powinny zniknąć. Ludzie Sobolewskiego podpisali umowę handlową z Grajewskim, ale jej treść jest na razie tajemnicą. Na pewno Widzew będzie musiał Grajewskiemu coś odstąpić, bo ten znów zamierza wyłożyć pieniądze na załatwienie najpilniejszych zaległości.

Sobolewski dwukrotnie był u Grajewskiego. Efektem tych spotkań są ustalenia. Treść pisma jest następująca: "Ustalenia między firmą JAG Sportsmarketing, reprezentowaną przez Jakuba Andrzeja Grajewskiego, oraz SPN Widzew, reprezentowanym przez prezesa Ludwika Sobolewskiego. Obie strony po dokonaniu rozliczeń za lata 1992-- 1997 uznają pożyczkę udzieloną SPN Widzew przez firmę JAG w wysokości 8, 2 mln marek. Firma JAG w osobie pana Andrzeja Grajewskiego wyraża zgodę na likwidację umowy z dnia 19 marca 1997 roku, spisanej między firmą JAG a SPN Widzew S. S. A. oraz jednocześnie firma JAG anuluje wszystkie inne roszczenia finansowe w stosunku do SPN Widzew S. S. A. pod następującym warunkiem [uznanie pożyczki -- przyp. K. G. ]. Dokładne ustalenia nastąpią przy spisaniu umowy notarialnej. Notatka nabiera mocy prawnej w wypadku ustalenia warunków pełnej spłaty kredytu ze strony SPN Widzew na rzecz firmy JAG. " Do tego Grajewski zobowiązał się do przekazania swoich akcji klubowi za symboliczną markę. W Widzewie zdecydowano się na takie ustalenia, bo policzono, jakie będą konsekwencje umowy między Grajewskim a Pawelcem z 19 marca 1997 roku. Klub straciłby co najmniej 20 milionów marek. Bilans otwarcia jeszcze nie jest skończony. Gdy powstanie, dopiero wtedy zostaną ustalone szczegółowe warunki.

14 milionów długów

Oficjalne długi klubu na koniec 1997 roku wynoszą 7 mln 691 tys. Do tego trzeba doliczyć pieniądze na kontrakty dla zawodników -- około miliona złotych oraz inne zobowiązania (w tym spłata pożyczki u Grajewskiego) w wysokości około 5 milionów złotych. Razem -- prawie 14 milionów złotych. 839 450 złotych, które w formie zaliczek wziął z klubu Jan Lus, przedstawiciel Ismata Koussana i Pawelca w zarządzie, i się z nich do tej pory nie rozliczył, nie ma większego znaczenia. Nie ma też aż tak dużego znaczenia kwota, którą trzeba płacić za autokar marki Mercedes. Klub otrzymał go w leasing od firmy Sobiesława Zasady. Umowę sporządzono półtora roku temu. Do tej pory Widzew zapłacił raty w wysokości 380 tysięcy złotych i zalega z kolejnymi, o równowartości 100 tysięcy marek. Rata miesięczna wynosi 20 tysięcy plus ubezpieczenie. Gdy mercedes pierwszy raz podjechał pod stadion, był straszny szum, zdjęcia, politycy, ksiądz. Pawelec mówił, że dostał autobus. A on do tej pory kosztował 570 tysięcy (190 tysięcy nie spłacone) , trzeba dopłacić do 800 tysięcy, a na koniec dodać jeszcze równowartość 180 tysięcy marek, żeby stać się jego właścicielem. Autobus przejechał 30 tysięcy kilometrów, czyli niewiele. Im rzadziej jeździ, w tym lepszym jest stanie, a w im lepszym jest stanie, tym ostatnia rata leasingu jest wyższa. Widzew może nie zapłacić równowartości tych 100 tysięcy marek, ale tym samym umowa leasingowa staje się nieważna i 380 tysięcy złotych idzie na marne.

A już mogło być lepiej. Do czerwca bieżącego roku obowiązuje klub umowa sponsorska z firmą Bakoma, która niedawno weszła na giełdę i jej akcje miały duże przebicie. Umowa z Bakomą zaczęła obowiązywać od 1 lipca 1996 roku. Firma zobowiązała się przekazywać rocznie na potrzeby klubu 1, 4 miliona złotych, w zamian za reklamę na koszulkach i na stadionie. Skojarzenie z Widzewem okazało się dla Bakomy niezłym posunięciem, skoro w pierwszym roku obowiązywania umowy sprzedaż jogurtów wzrosła o 100 procent, a zysk w zeszłym roku, co firma ujawniła w prospekcie emisyjnym, wyniósł około 30 milionów złotych. W lutym do prezesa Zbigniewa Komorowskiego pojechała delegacja Widzewa z propozycją przedłużenia umowy o kolejne 3 lata, a w przyszłości przejęcia większości akcji spółki, nawet do 80 procent. Komorowskiemu ponoć pomysł się spodobał, nawet to, że Widzew prosił o zapłacenie, do 20 kwietnia, od razu za dwa lata z góry. Chodziło o sumę 3 milionów złotych, które pozwoliłyby klubowi wrócić do pionu.

Za mało TVP

Po dwóch dniach przyszła odpowiedź odmowna. Pełnomocnik Komorowskiego poinformował klub, że gościem jego szefa był w tym czasie Andrzej Pawelec. Pawelec miał skutecznie wybić z głowy Komorowskiemu chęć podpisania nowej umowy z Widzewem, bo w klubie rządzi sklerotyk, a reszta to alkoholicy. Firmie, notowanej na giełdzie, mógłby zaszkodzić alians z zadłużonym klubem. Pawelec chyba nie pamiętał, że kiedyś sam, żeby otrzymać kredyt z banku, przedstawił umowę z Bakomą jako zabezpieczenie.

Prezes Komorowski nie zapłacił zresztą dwóch ostatnich rat wynikających z umowy, która obowiązuje do czerwca. Znalazł kruczek prawny, który pozwolił mu odstąpić od płacenia. Kruczek polega na tym, że Widzew i Bakoma nie są pokazywane w telewizji tak często, jak by to wynikało z umowy. Może liczba minut nawet się zgadza, ale część meczów Widzewa pokazywana jest w kodowanej stacji Canal Plus, która ma zdecydowanie mniejszą oglądalność niż TVP. Mecze Widzewa pokazywane są w lokalnej telewizji, obejmującej 5 województw, ale ten czas nie j przez Komorowskiego liczony. W umow z klubem jako jedyna stacja telewizyj występuje bowiem TVP. W klubie mają dzieję, że prezes Komorowski może jeszcze namyśli do czerwca.

Widzewem interesuje się brytyjs bank Pelegrin, może zdecyduje s przyjść jako sponsor, ale na pewno n dziś i nie jutro. Wcześniej musi dokła nie prześwietlić klub, w który ma włoż miliony funtów.

Widzew złożył ofertę Pawelcowi, k ry pełni również funkcję wiceprezesa P skiego Związku Piłki Nożnej ds. market gu, a także Koussanowi, że może im płacić za ich akcje po 1, 5 mln mare płatne w ciągu roku. Obaj nie zgodzili s choć wydawało się w pewnym mome cie, że Koussan jest zdecydowany. Ob mówią, że mają jakiegoś sponsora, bę kapitał podwyższać i prowadzić działan zmierzające do poprawienia sytuacji k bu. Ludzie, rządzący dziś Widzewem ob wiają się, żeby nie było tak jak niedaw z firmą Atlas. Prawa do negocjacji z ewe tualnym sponsorem miał wtedy Graje ski, ale wprowadzić firmę do Widze próbował Pawelec. Podobnie było kied przy podpisywaniu umów o sprzeda praw telewizyjnych. Sprzedał je Graje ski, sprzedał też Pawelec. Jeden -- firm Zbigniewa Bońka, drugi -- UFA. Każ miał swoją umowę.

Trener Franciszek Smuda wykrzyku "Ja teraz nie biorę pensji z klubu, bo c kam na powrót Pawelca, żeby mu ją o dać. Trzeba ciąć jak gilotyna. Tyle zosta napaskudzone, że nie wiadomo, ile cza potrzeba, żeby tutaj posprzątać! "

W pierwszym odcinku "Widzew story", opublikowanym 24 grudnia zeszłego roku, pisałem o założeniu, w 1991 roku, Widzew S. S. A. -- pierwszej w Polsce sportowej spółki akcyjnej, finansującej klub piłkarski. Działalność Andrzeja Pawelca, prezesa spółki iklubu, doprowadziła Widzew na skraj przepaści finansowej. Powstały olbrzymie długi. Na początku 1998 roku w Widzewie zaczęły się zmiany personalne. Wyszły na jaw nowe okoliczności, które doprowadziły niemal do upadku drużyny mistrza Polski z lat 1996 i 1997.